środa, 19 grudnia 2012

1. W jaskini

-Jeszcze jedno słowo – wycedził przez zaciśnięte zęby, stając tuż przede mną. Zmarszczyłem nos, bo jego oczy jarzyły się w ciemnościach jak dwa podświetlane rubiny.
-Jakie słowo? Znów chcesz zrzucić na mnie całą winę? To nie ja użyłem Chidori! – z przyjemnością mu dogryzałem, widząc, jak cały się pieni. – Żebym ci jeszcze przeszkadzał, ale nie… stałem sobie grzecznie z boku i się przyglądałem…
-Uzumaki! – podniósł wściekle głos, a ja podniosłem obie dłonie na wysokość twarzy, całą siłą woli powstrzymując się przed parsknięciem mu śmiechem prosto w gębę. Wyglądał przekomicznie, wyprowadzony z równowagi do granic możliwości i z tym wciąż lekko zaczerwienionym nosem.
-No co?! Znowu moja wina?! Mówiłem już, że to nie ja…
            Warknął i rzucił się na mnie, zaciskając mi palce na szyi. Po chwili już tarzaliśmy się po ziemi, ja śmiejąc się na cały głos, on prychając wściekle. Próbował mnie udusić, ale odciągnąłem jego nadgarstki.Denerwowanie go sprawiało mi dziką przyjemność.
-Złaź ze mnie… Uchiha – wyspałem, mocując się z nim. W jego oczach wciąż błyszczał sharingan, ale nie używał go.
-Odwołaj to, co powiedziałeś wcześniej – warknął, prawie opluwając mnie jadem. Boże, był tak wspaniale radosnym i miłym człowiekiem, że znów wybuchnąłem gromkim śmiechem.
-Co?! To, że jesteś największym niezdarą na świecie? – wysyczałem mu w twarz, a on ponownie warknął i zaczął się szarpać, próbując się wyrwać z mojego uścisku. Po chwili ostrze jego katany wylądowało na mojej szyi. Poczułem ciepłą krew, spływającą mi za koszulkę.
-To miejsce, niestety, jest zajęte przez ciebie – wytknął mi, a ja skrzywiłem się lekko.
-To nie przeze mnie zawaliło się to wejście – powiedziałem, a na jego twarzy pojawiła się w końcu ta głupia mina, na którą tak liczyłem. – Stałem z boku, jak już wspomniałem…
-Może gdybyś się ruszył, to by się nie zawaliło – powiedział to tonem odkrywcy wszechświata.
-I znowu zwalasz na mnie całą winę, i do tego jeszcze nadal na mnie siedzisz! Złaź!
-Przeproś!
-Pierdol się!
-Może ciebie?!
-Wybacz, chyba bym się porzygał…
-Albo jęczał z przyjemności…
-W twoich fantazjach, Uchiha. W rzeczywistości to ty jęczałbyś pode mną, złaź, no!!! – zdenerwowałem się. Gapił się na mnie z perfidnym uśmiechem na gębie, przyglądając się, jak krew spływami po szyi.
-Nie – odparł.
-Co „nie”? – zapytałem, a on uśmiechnął się jak rasowy wampir.
-Nie, póki nie przeprosisz – powiedział wesoło. Spojrzałem na niego jak na debila.
-Jesteśmy w środku misji. Złaź, to rozkaz.
-Nie wykorzystuj swojej pozycji, by się mnie pozbyć. Przeproś, jak mężczyzna – chyba chciał mnie podpuścić.
-Aha, na bank, to będzie bardzo… Au, zabierz ten miecz! – rozzłościłem się, czując trochę większy ból w miejscu, gdzie ostrze jego katany stykało się z moją skórą.
            Westchnął, wywrócił oczyma, po czym wstał jednym szybkim i zgrabnym ruchem. Podniosłem się za nim, ścierając krew z szyi, po czym obaj spojrzeliśmy na zawalone wejście. Uchiha wsunął swoją katanę do pochwy, co zaowocowało kliknięciem, które odbiło się echem od ścian jaskini. Obejrzałem się, ale zobaczyłem tylko bezkresną ciemność, w której wszystko ginęło. Sasuke pochylił się i podniósł z ziemi wciąż płonącą pochodnię, po czym uniósł ją wysoko nad głowę, oświetlając wilgotne ściany i rzędy stalaktytów i stalagmitów. Westchnąłem.
-To co robimy? – zapytałem,wiedząc, że w jego główce, porośniętej czarnymi włoskami, już uformował się jakiś planik, który zaraz perfidnie wykorzystam. Czułem się ździebko niedysponowany przez utratę krwi. Całe szczęście, że rana już zaczęła mi się goić.
-Jak spróbujemy się przebić przez ten zawał, to się sami tu pogrzebiemy żywcem… - mruknął, oświetlając gigantyczną stertę kamieni. – Rozebranie tego za długo potrwa. W tym czasie Kozuo pewnie odnajdzie szkatułę i zawalimy misję. Proponuję iść przed siebie,znajdziemy miejsce, gdzie dasz radę przebić się Rasenganem i wyjdziemy.
            Pokiwałem głową, po czym na chwilę przymknąłem oczy, a gdy je otworzyłem, patrzyłem już na świat w trybie pustelnika. Automatycznie otoczył mnie istny gwar. Wyczuwałem każdą żywą istotę w promieniu wielu kilometrów dookoła naszej jaskini, a ponadto wszystkie rośliny i pulsujące w nich życie. Ich korzenie, oplatające ziemię, tętniące delikatnym życiem, jak miliony cicho uderzających, jednocześnie potężnych i słabych serc. Poszedłem tym tropem, prześlizgując się po grubszych i cieńszych korzeniach, aż w końcu znalazłem to, czego szukałem. W głębi tej jaskini płynęła podziemna rzeka, a jedno z drzew rosnące na powierzchni próbowało dosięgnąć jej swoim korzeniem. Ściana jaskini była tam prawdopodobnie najpłytsza, korzenie tego drzewa niebyły dłuższe niż jakieś pięć metrów. Tam mógłbym przebić się Rasenganem bez obaw, że strop zwali nam się na głowę.
-Znalazłem – powiedziałem, przeciągając się i dezaktywując tryb mędrca. – Czeka nas mały spacerek, ale mam miejsce idealne do przebicia się.
-No i dobrze – ruszył przed siebie, oświetlając drogę pochodnią. – Mam nadzieję, że Kakashi i Sakura pokrzyżują plany Kozuo, albo przynajmniej utrudnią mu dotarcie do świątyni,zanim się nie zjawimy. To wszystko przez…
-Tylko nie mów, że przeze mnie! To przez twoją nieuwagę tym razem! – wykrzyknąłem. Obejrzał się na mnie.
-Ja nie robię niczego przez nieuwagę! – warknął.
-A przez co? Rozproszyło cię własne roztargnienie? – zapytałem złośliwie.
-Czy ty musisz być tak irytująco-wkurwiający? – zapytał, przedrzeźniając mnie, a ja zaśmiałem się.
-No widać muszę, skoro jestem. W lewo – poinformowałem go, bo szedł dwa kroki przede mną. Skręciliśmy w lewo.– A tak na serio, to o czym myślałeś? – zaciekawiłem się.
-O czymś, co za chwilę zrobię – odparł, zatrzymując się i spoglądając na mnie z jakimś niezdrowym błyskiem w oku. Znów był zły. Uśmiechnąłem się do niego szeroko.
-A co zrobisz za chwilę? – zapytałem, trzepocząc niewinnie rzęskami, udając, że nie widzę jego stanu.
-Ukręcę ci łeb! Zamknij jadaczkę i chodź, do cholery jasnej!
-Ale Sasu, to nie…!
-Mówiłem ci już chyba z tysiąc razy, żebyś nie zdrabniał mojego imienia! – przerwał mi i ponowił marsz, a ja pobiegłem za nim i się z nim zrównałem. Odkąd wrócił tak właśnie wyglądało nasze wspólne przebywanie, przez co pozostali członkowie naszej drużyny powoli już z nami wariowali. Może więc to i dobrze, że utknęliśmy tu tylko we dwóch?
-Ale to tak ładnie brzmi – prawie jęknąłem. – Sasu, Sasuś, Sasusiek, Sasusiuniek…
-Naru, Naruś, Narusiek, Narusiuniek…- wyjęczał takim samym tonem, co ja. Zaśmiałem się.
-No widzisz, że ładnie?
-Skoro ci się podoba, to od dziś będę mówił do ciebie Narusiuniuniunieczek – powiedział, uśmiechając się półgębkiem. Zawtórowałem mu prawdziwym śmiechem.
-Ładnie! – zawołałem,zakładając ręce za głowę. Kiedy udawałem, że podobają mi się jego debilne pomysły, najczęściej wpadał w furię. Kiedy się z nim wykłócałem, zachowywał stoicki spokój.
-Doprawdy, Narusiunikunie… Narusiuku… kurwa, chyba jednak nie będę cię tak nazywał! – zdenerwował się, gdy zaplątał się w przezwisku, które sam wymyślił. Parsknąłem śmiechem.
-Ale mi się podobało!
-Zapomnij! – warknął, ponownie zły. Tak jak przypuszczałem, powoli zaczęła zalewać go krew. Uśmiechnąłem się do siebie. – Gdzie teraz? – zapytał, gdy stanęliśmy na rozwidleniu korytarzy. Rozejrzałem się.
-Hmmm, w prawo, tak mi się wydaje – powiedziałem w zamyśleniu.
-Wydaje ci się?
-A tobie się wydaje, że ja mam radar w głowie i mapę w dupie? – zapytałem rozeźlony, skręcając w prawy korytarz.
-W dupie to ty zaraz będziesz miał co innego, jeśli się przez ciebie zgubimy! – prawie zagrzmiał, a jego głos odbił się echem, jakby stado Sasusiów wołało „bimy! bimy! bimy!”.
-Strach się ciebie bać, doprawdy, Sasuś, przerażasz mnie – odparowałem, skręcając ponownie. Szedłem z dłońmi wyciągniętymi przed siebie, ponieważ Uchiha niósł pochodnię tak, że prawie nic nie widziałem. Gdzieś z oddali do moich uszu dobiegał grzmot płynącej rzeki. – Może to tak jest, że to tobie coś cały czas tkwi w tyłku i przez to chodzisz cały czas skwaszony?
-Nie chodzę cały czas skwaszony– powiedział, podnosząc pochodnię nieco wyżej.
-No nie, faktycznie, skwaszony i wkurwiony na przemian. I przez ciebie więcej przeklinam! – zaperzyłem się,zdając sobie sprawę, że odkąd wylądowaliśmy w tej jaskini co chwila któryś z nas używał jakiegoś słowa, które powinno zostać objęte cenzurą. Sasuke prychnął i chyba stwierdził, że odpowiadanie mi znajduje się poniżej jego godności, bo przestał się odzywać. Szliśmy jakiś czas w milczeniu, a szum rzeki stawał się coraz głośniejszy, co utwierdzało mnie w przekonaniu, że jesteśmy coraz bliżej celu. Aż w końcu dotarliśmy do końca bardzo wąziutkiego korytarza, którym od kilku minut przeciskaliśmy się z trudem i przed nami otworzyła się ogromna przestrzeń. Sasuke stanął obok mnie i uniósł wyżej pochodnię, a światło padło na płynącą tuż przed nami rzekę, rozbijając się na miliony połyskujących na kroplach wody iskierek. Chwilę przyglądałem się temu zafascynowany.
-To gdzie to miejsce? – zapytał Uchiha, a ja ponownie włączyłem tryb mędrca i odnalazłem tamto drzewo.
-Kawałek na lewo – odparłem i obaj skręciliśmy w lewo.
            Plecami przylegaliśmy do ściany i posuwaliśmy się krok po kroku, a fale rzeki rozbijały się niemal o nasze stopy. Woda była zbyt wzburzona, by po niej spokojnie spacerować. Nasza pochodnia zgasła, w powietrzu było za dużo wilgoci, więc znajdowaliśmy się w zupełnej ciemności. Uchiha trzymał mnie za nadgarstek, ale nie przejmowałem się tym. Szczerze mówiąc,kiedy tego ranka się obudziłem, okazało się, że spałem, trzymając Uchihę za rękę. W nocy, po tym, jak Sakura i Kakashi zasnęli, długo ze sobą rozmawialiśmy, przysunąwszy do siebie nasze śpiwory. Mówiliśmy wtedy o wielu przykrych sprawach, głównie o jego zdradzie i zemście na bracie, której niepotrzebnie dokonał. Sasu bawił się wtedy moimi palcami, kiedy mnie dotykał, był śmielszy,mówił rzeczy, które naprawdę myślał, chyba było mu lepiej. Mnie jego dotyk też uspokajał. Chociaż w ten sposób mogliśmy pokazać sobie nawzajem, że tak naprawdę się lubimy i się o siebie troszczymy, jak na prawdziwych przyjaciół przystało.
-Daleko jeszcze?! – krzyknął mi Uchiha wprost do ucha, by zagłuszyć grzmot fal, a ja podskoczyłem i zachwiałem się. Złapał mnie natychmiast w pasie i przyciągnął do siebie.
-Zwariowałeś?! Nie drzyj mi się tak do ucha, chcesz mnie zabić?!
-O niczym innym nie marzę! Daleko jeszcze?!
-Kawałek, to zaraz za zakrętem!
-To tu jeszcze jest zakręt?! – wykrzyknął, a ja wywróciłem oczyma. Odkleiłem jego dłonie od mojej tali.
-Nie obmacuj mnie! – zawołałem to trochę zbyt piskliwym głosem. Złapał mnie za rękę.
-Prowadź!
-Ale mnie już nie obmacuj!
-Powtarzasz to tak często, że zaczynam myśleć, że ci się podoba! No idźże do cholery, buty mi już przemiękły i mi zimno w stopy! – zawołał, a ja wytrzeszczyłem oczy. Uchiha narzekający na niedogodności?! A to nowość! Ale miał rację, moje buty też były już całe mokre,a palce u stóp mi niemal skostniały. Woda z rzeki była lodowata.
            Ruszyłem, a po chwili dotarliśmy się do zakrętu. Mieliśmy tu mały problem z przejściem, ale w końcu nam się udało. Zatrzymałem się,rozglądając niepewnie. Miejsca było tu aż za wiele, ale pojawił się inny problem.
-Eeee… Sasu – zacząłem ostrożnie.
-Tylko mi nie mów, że nie wiesz, gdzie jest to miejsce, bo cię utopię – zaszczękał zębami. Kichnął.
-Eeee, nie. Wiem dokładnie, gdzie ono jest – odparłem.
-To gdzie?
-Eeee, nad nami? –zaintonowałem tak, że wyszło mi pytanie, po czym obaj podnieśliśmy głowy. Strop ginął w ciemnościach, ale i tak było to co najmniej… z dziesięć metrów w górę.
-No ja pieprzę, tyle drogi, atu się okazuje, że przejście znajduje się nad nami! Uzumaki! – wydarł się na mnie.
-No co?! – oburzyłem się. –Znów wszystko na mnie! Znalazłem przejście, przestań się czepiać!
-Ale gdzie jest to przejście, z dziesięć metrów nad nami! – wykrzyknął, wskazując na sufit zamaszystym gestem. Ściągnąłem brwi.
-Z Saiem nie byłoby takich problemów, jemu podobają się moje pomysły…
-Bo jest za głupi, by włączyć myślenie! Wymagać od niego, by cokolwiek rozumiał…
-Nie wyżywaj się na Saiu! – zawołałem, bo uważałem, że Sasuke czasami za bardzo najeżdża na nieobecnego na tej misji członka naszej drużyny. Uchiha prychnął.
-Jak się tam dostaniemy? – zapytał już rzeczowym tonem. – Mam przywołać…
-Przywołaj… – odezwałem się w tym samym momencie, po czym urwałem i obaj uśmiechnęliśmy się do siebie.
            Uchiha ugryzł się w kciuk i wyklepał kilka szybkich pieczęci. Wraz z kłębami dymu pojawił się przed nami ogromny jastrząb. Sasuke wskoczył na jego grzbiet, po czym wyciągnął rękę w moją stronę. Naburmuszyłem się.
-Poradzę sobie! – powiedziałem i dołączyłem do niego.
-Trzymaj się! – zawołał wesoło,a ja złapałem go za ramię, kiedy ptaszysko odbiło się od podłoża i wystrzeliło ku stropowi jaskini. Już po chwili patrzyliśmy w zamyśleniu na prawie płaski sufit. Sasuke potarł się po podbródku.
-Wiesz, wydaje mi się, że nie mam ochoty zaufać ci w kwestii tego wyłomu – mruknął, a ja wywróciłem oczyma, składając dłonie w pieczęć.
-Trochę wiary – mruknąłem nieco obrażony, po czym stworzyłem dwa klony. Sasu obserwował mnie z lekkim… przestrachem, kurcze blade! Szkoda, że nie miałem ze sobą aparatu!
            Wyciągnąłem rękę w stronę jednego z klonów, a on pomógł mi utworzyć Rasengana. Drugi zaś przykląkł na jedno kolano i ułożył dłonie w koszyczek, by pomóc mi się wybić. Kiedy wirująca sfera chakry, mieniąca się błękitem nad moją dłonią była już w pełni gotowa, sam przykucnąłem, po czym wybiłem się przy pomocy mojego klona. Wyciągnąłem rękę przed siebie, celując w, jak wiedziałem, najpłytsze miejsce.
-Rasengan! – zawołałem, dla czystej przyjemności użycia tego słowa. Po prostu byłem dumny z mojego jutsu.
            Odłamki skalne posypały się we wszystkie strony, a ja poczułem, że zaczynam opadać w dość szybkim tempie. Na szczęście ledwo to sobie uświadomiłem, gdy poczułem, jak chwytają mnie silne, stanowcze ramiona. Ręka Sasuke nakryła moją głowę i we dwóch skuliliśmy się, osłaniając przed ostrymi kawałkami sypiącej się nam na głowę skały.
-A nie mówiłem – burknął Sasuke gdzieś w zgięcie mojej szyi, gdy jego ptaszysko wystrzeliło w górę, ku pokrytemu gwiazdami niebu.
            Wyprostowaliśmy się, trzymając za ręce. Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, gdy wiatr rozwiał mi przylegające do lekko wilgotnej twarzy włosy, a ciepłe, nocne powietrze dotarło do moich nozdrzy,stęsknionych za zapachem świeżego powietrza. Zerknąłem na Uchihę, chcąc się z nim podzielić moją radością, jednak ujrzałem jego podbródek, uniesiony wysoko w górę. Otworzyłem usta, by zapytać, dlaczego tak śmiesznie trzyma głowę, gdy nagle gwałtownie ją opuścił, kichając głośno i opluwając mi przy tym całą twarz. Skrzywiłem się, czując jego smarki na sobie.
-Wybacz – chlapnął, pociągając nosem. Podniósł rękę i starł mi swoje smarki z twarzy rękawem swojej granatowej, identycznej jak moja bluzy, na której miał zieloną kamizelkę Konohy. – Całe szczęście, że ty nie możesz się zarazić.
-Jeszcze ci nie przeszło? – zapytałem, a on pokręcił głową. Miał katar już od kilku dni, ale gdy opuszczaliśmy przedwczoraj Konohę, zapewniał wszystkich, że świetnie się czuje i już mu przeszło i bez przeszkód może iść na misję. Jak się okazało, wszystko to było wierutnym kłamstwem. Wyplątałem swoją dłoń jego uścisku, w końcu nie byliśmy już w ciemnej jaskini i nie groziło nam zmycie ze skalnej pułki przez rozjuszoną, podziemną rzekę.
            Jastrząb zawrócił ku ziemi, a gdy byliśmy już wystarczająco nisko, zeskoczyliśmy z jego grzbietu. Ptaszysko zniknęło w kłębach dymu, a ja spojrzałem na Sasuke, który oklapł na ziemię i zaczął ściągać z siebie buty. Wykręcił z nich wodę, kichnął jeszcze raz, po czym założył je i podniósł się z ziemi. Objął się ramionami.
-Rzęzi mi w płucach – zauważył.
-Tak? A przecież ty wcale nie jesteś chory – wytknąłem mu, na co on tylko się skrzywił i rozejrzał dookoła.
-Gdzie my właściwie jesteśmy? – zapytał. Również się rozejrzałem.
            Staliśmy na jakiejś skale, gdzież z oddali dobiegał nas dźwięk spadającej kaskadami wody, chyba nasza cudowna rzeka kończyła się wodospadem. Przed nami majaczył gęsty, czarny las, za nami urwisko i nieskończenie wygwieżdżone niebo. Spojrzałem na gwiazdy, po czym szybko ustaliłem naszą pozycję.
-Żeby dotrzeć do świątyni powinniśmy iść przez ten las – wskazałem ręką zarośla.
            Westchnął cierpiętniczo i ruszył przodem, a jego buty skrzypiały pod wpływem wody. Szedłem dwa kroki za nim, przyglądając się, jak pociera dłońmi swoje ramiona. Prawdziwy Sasuke, ten sam, który codziennie rano szykował nam śniadania, który wracając z misji przywdziewał fartuszek i z obsesją w oczach zabierał się za sprzątanie, który gadał do mojego Normana,kiedy myślał, że go nie słyszę. Ten Uchiha, który nie zastanawiał się, co mówi i robi. Ten, który był po prostu Sasuke. Bez nazwiska i strasznej przeszłości. Uwielbiałem go takiego.
-Sasu, uważaj! – zawołałem,kiedy potknął się o coś, po czym natychmiast go złapałem, nim upadł. Kichnął w moje ramię. – Łeee… Uchiha, jesteś obleśny.
-Dzięki – szepnął, pociągając nosem. – Ta wycieczka coraz mniej mi się podoba, moja koncentracja znajduje się obecnie na poziomie zerowym… Chcę do Sakury.
-O taaaak, ja też – powiedziałem rozmarzony, a on zaśmiał się.
-Ja chcę do niej, bo jest lekarką – wyjaśnił, kiedy zarzuciłem sobie jego rękę na ramię.
-Ja z tego samego powodu,fantazjuję o Sakurce w takim kusym fartuszku lekarskim…
            Ponownie parsknął śmiechem i pokręcił głową. Jakiś czas szliśmy w milczeniu, w końcu Uchiha wyplątał się w moich objęć i szedł już samodzielnie, kichając co jakiś czas i płosząc przy tym nocne stworzenia. Las najpierw zgęstniał, ale potem zaczął się przerzedzać. Aż po jakichś czterdziestu minutach wyszliśmy na porośniętą trawą równinę, a w oddali zamajaczyła otoczona drzewami, ciemna świątynia i maleńka iskierka płonącego ogniska.
-Obozują przy świątyni – powiedziałem, ruszające pewnie w tamtym kierunku. Nawet bez trybu mędrca moje wyczulone zmysły rejestrowały na chakrę Sakurki i Kakashiego, oraz jakiejś osoby trzeciej, jednak nieprzytomnej.
-Och, jak dobrze – jęknął Uchiha, wieszając mi się na ramieniu i układając na nim głowę. – Poniesiesz mnie?
-Jeej, co ci się stało? –zapytałem, przykucając, a on wdrapał mi się na plecy i objął mnie za szyję. – Zaczynam się naprawdę o ciebie martwić. Od pół godziny już nie jesteś dla mnie uszczypliwy.
-Nie mam siły – przyznał, kładąc mi brodę na włosach. Ruszyłem wolno, też już lekko zmęczony, ziewając co chwila.

10 komentarzy:

  1. Sasuś ^^ cudownie

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytam to opowiadanie już trzeci raz :D niesamowicie podoba mi się kreacja bohaterów. Dobrze oddałaś ich charaktery. Przeczytałam chyba wszystkie opowiadania na tym blogu ale to i "Ona to on" to zdecydowanie moje ulubione :D nie mam w zwyczaju komentować rzeczy, które czytam, ale dla Ciebie robię wyjątek bo opowiadanie naprawdę zrobiło na mnie duże wrażenie. pozdrawiam i podziwiam talent do pisania :)
    Siveliar

    OdpowiedzUsuń
  3. Wszyscy tak chwalą to opo, więc stwierdziłam, że też przeczytam ;]

    Zapowiada się ciekawie, odmienna kreacja bohaterów i Sasuke taki inny:d

    Lecem dalej

    Yaoinaruto-by-inata-chan-nu.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Po prostu cudowne. :3

    OdpowiedzUsuń
  5. Hihi ^^ Sasuś jest taki inny :3 fajnie, fajnie no i ciekawie się zaczyna.

    No rzeczywiście wszyscy wychwalają te opowiadanie i nie dziwie się im.

    Idę czytać dalej, pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  6. Zgadzam się ze wszystkimi :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardziej lubię Sasuke takiego wrednego i dokuczającego Naruto ale wszyscy mówią że to fajne opowiadanie wiec zaczęłam czytać, na razie nie mam jeszcze opinii ale lubię inne twoje opowiadania wiec czytam dalej :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Szkoda, że nie widziałam go wcześniej -_- Ponieważ zaciekawił mnie tytuł więc postanowiłam kliknąć. No i cóż mam powiedzieć? Że cudne jak zwykle. Najbardziej podoba mi się twój sposób pisania. Gdzieś widziałam jakiś mało znaczący błąd ale nie wiem już gdzie.... -.-
    Życzę weny na przyszłość. Kocham i lecę czytać dalej ;3

    OdpowiedzUsuń
  9. Cudeńko! jak fajnie że dopiero teraz odkryłam tego bloga bo mam czytania do oporu ^^

    OdpowiedzUsuń