środa, 19 grudnia 2012

11. Porwanie

Wszystko było już gotowe. Musiałem mieć pretekst, żeby wyjść samemu na spacer, tak więc wraz z Sasuke odegraliśmy małe przedstawienie i wszczęliśmy kłótnię. Nawet nie było trudno, w końcu mieliśmy w tym ogromne doświadczenie.
            Wypadłem z jego rezydencji, trzaskając drzwiami i ruszyłem przed siebie, mrucząc obelgi pod jego adresem. Miałem nadzieję, że wyglądało to autentycznie.
            Szedłem ciemnymi już uliczkami Konohy, szukając miejsca, gdzie będę sam. Wiedziałem, że wtedy nastąpi atak. W końcu trafiłem w jakąś uliczkę. Wiedziałem, że śledzi mnie kilka osób, tych wrogich i tych przyjaźnie nastawionych.
            Obróciłem się by zawrócić i dostrzegłem odcinającego mi drogę shinobi, który natychmiast zaatakował. Sięgnąłem po broń, wiedząc, że to tylko dywersja i prawdziwy napastnik zaatakuje od tyłu, by mnie ogłuszyć. Miałem jednak dać się porwać, wiec musiałem udać, że o tym nie wiem. Zablokowałem atak z przodu, słysząc, że ktoś pojawił się tuż za mną. Dziwne to było, zignorować instynkt. Przełamałem się jednak i nie obróciłem. Sekundę później dostałem czymś twardym w głowę.
            Ból eksplodował mi przed oczyma ciemnymi i jasnymi plamami. Cios był oszałamiająco silny i skuteczny, aż wrzasnąłem. Poczułem tylko,że nogi się pode mną uginają i zwaliłem się do przodu, tracąc przytomność.

            Obudził mnie złośliwy i przeraźliwy ból głowy, a do tego nieznośne mdłości. Poruszyłem się i od razu zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak. Jęknąłem, ale ten jęk stłumił knebel w ustach. No ładnie. Otworzyłem oczy.
            Siedziałem w jakimś drewnianym, małym, kołyszącym się pomieszczeniu. Chyba jakimś wozie, bez okien, bo wszędzie panowała ciemność, którą przecinały paski światła, wpadające do środka przez szpary między deskami. Byłem bez koszulki, co mnie trochę zirytowało, bo było mi zimo, ale spojrzawszy na swój brzuch, od razu zrozumiałem, co jest powodem mojej nagość. Przykleili mi do brzucha notatkę z pieczęcią, która miała na celu powstrzymać moc Lisa. Westchnąłem. Znałem się już na tyle na pieczęciach by wiedzieć, że była profesjonalnie zrobiona.
            Podniosłem oczy i spojrzałem na swoje dłonie, związane nad głową i przyczepione do ściany kolejną notatką z pieczęcią, a potem zerknąłem na swoje związane nogi. Wcale mnie to już nie bawiło, wręcz przeciwnie. Ani trochę mi się to nie podobało.
            Ale cóż, taką dostałem misję i musiałem siedzieć cicho. Byłem pewien, że gdybym się naprawdę postarał, to bym się uwolnił, ale niewolno mi było tego zrobić. Musiałem tkwić w tej niewygodnej pozycji, kołysząc się wraz z całym pomieszczeniem.
            Ból głowy bardzo wolno ustępował, tak samo i mdłości. Trochę piekły mnie powieki, ale nie przejmowałem się tym. Po prostu mocno oberwałem w tył głowy i tyle.
            Czekałem, właściwie, to nie mając pojęcia na co. Może na kogoś, kto by dał mi pić, bo byłem straszliwie spragniony. Ale przez bardzo długi czas nikt się nie pojawiał.
            W pewnym momencie, kiedy już przysypiałem, drzwi prowadzące do mojego więzienia otworzyły się i do środka wszedł jakiś mężczyzna. Podniosłem głowę i spojrzałem na niego. Facet był wysoki i umięśniony, musiał się zgarbić, by swobodnie poruszać się po małym pomieszczeniu, w którym mnie zamknęli. Na brodzie miał lekki zarost, a jego ciemnobrązowe oczy patrzyły na mnie dość nieprzyjemnie.
-Jaki mały, skulony lisek – zakpił, patrząc na mnie. Tak mnie tym wkurwił, że zareagowałem instynktownie.
            Gwałtownie wyrzuciłem przed siebie nogi, podcinając go, a gdy gruchnął na podłogę, oplotłem kolanami jego szyję. Zorientowawszy się, że na serio mam zamiar go udusić, zaczął się szarpać i uderzać wszystkimi czterema kończynami o drewniane ściany i podłogę. Sekundę później do środka wpadło dwóch kolejnych mężczyzn, o wiele mniejszych od tego pierwszego. Siłą rozpletli moje nogi i uwolnili swojego wspólnika. Facet ukląkł przede mną, dysząc i trzymając się za gardło.
-Ty popieprzony pedale! – ryknął nagle i zdzielił mnie w twarz z taką siłą, że poczułem krew w ustach. Wkurwiłem się jeszcze bardziej i nim zdążyli się zorientować co robię, oddałem mu stopą, łamiąc mu przy tym nos. Jeśli myślał, że jestem bezbronny tylko dlatego, że mam związane ręce i zapieczętowanego demona, to grubo się mylił. Tamtych dwóch natychmiast złapało mnie za nogi i już po chwili one również zostały przytwierdzone do podłogi za pomocą pieczęci unieruchamiającej. Rzuciłem im groźne spojrzenia. Niech nie będą pewni, że mnie mają. W ogóle by mnie nie pojmali, gdybym nie otrzymał takich rozkazów.
-I co, już nie jesteś taki wyrywny? – zapytał ten największy, trzymając się za rozkrwawiony nos. Tylko uśmiechnąłem się z pogardą. Złapał mnie za gardło i przycisnął do ściany. – Radzę ci się zachowywać, gnojku. Jeszcze jeden numer, a ukręcę ci jaja – szepnął, niby-groźnie. Przytaknąłem, bo nie chciałem go wkurwiać. Gdyby chciał mi coś zrobić, musiałbym się bronić i misję szlak by trafił. A misja była przecież najważniejsza.
            Zostawili mnie samego, a ja oparłem się wygodnie o ścianę, starając się nie myśleć o tym, jak bardzo jestem spragniony. Kurde! Może gdybym nie próbował udusić tego dryblasa, to daliby mi pić? Poruszyłem dłońmi i nogami, ale nie mogłem ich oderwać od desek. Westchnąłem. Kończyny zaczynały mi już drętwieć. Przymknąłem oczy i od razu uderzył mnie w skronie ból głowy. Dziwiło mnie trochę, że wciąż mnie ta głowa bolała. Czy demon nie powinien już tego wyleczyć?
            Nie zastanawiałem się jednak nad tym zbyt długo, bo zachciało mi się spać. Chyba to kołysanie tak mnie usypiało…

-Wstawaj! – ryknął mi głos tuż koło ucha. Podskoczyłem. Nie, to było niemożliwe, by ktoś podszedł do mnie tak blisko i mnie nie obudził!
            Otworzyłem piekące powieki i spojrzałem na rozmówcę. Facet z obandażowanym nosem pochylał się nade mną.
-Dotarliśmy na miejsce – wysyczał dość nieprzyjemnie. Oderwałem spojrzenie od jego gęby i zerknąłem na jego towarzyszy. Trzech kolesi patrzyło na mnie, jakbym był jakimś okazem w zoo. Poruszyłem się.
            Byłem inaczej związany i miałem na sobie bluzkę. Tym razem moje dłonie skrępowane były za moimi plecami. Zdziwiło mnie to. Jakim cudem związali mnie w ten sposób i w dodatku ubrali, a ja się nie obudziłem? Nie dane mi było jednak zastanowić się nad tym.Podnieśli mnie na nogi i wyciągnęli z drewnianego pomieszczenia.
            Wyszliśmy z wozu, jak się okazało. Stanęliśmy przed niewielkim, betonowym budyneczkiem umieszczonym w środku gęstego lasu. Była noc, a jedynym dźwiękiem, jaki docierał do moich uszu, był odgłos rwącej rzeki znajdującej się gdzieś bardzo blisko.
            Zaczęli prowadzić mnie w stronę budyneczku, po czym otworzyli przede mną drzwi. Ujrzałem ciemne schody w dół. Jeden z nich zapalił latarkę i zaczęliśmy schodzić. Nie miałem już związanych nóg, więc nic mi marszu nie utrudniało. Zastanawiałem się, w którym momencie Konoha raczy zaatakować? Tak bardzo chciało mi się pić!
            Schodziliśmy dość długo, a potem znaleźliśmy się w jakimś wąskim korytarzu z wieloma drzwiami. Dryblas otworzył jedne z nich, wepchnął mnie do celi o wymiarach dwa metry na dwa i zamknął mnie w niej. Ogarnęła mnie całkowita ciemność.
            No ładnie. Dlaczego w takich miejscach zawsze musi być ciemno?! Zamknąłem oczy i czekałem, sadowiąc się pod ścianą. Jakieś dwadzieścia minut później do moich uszu dotarły krzyki i odgłosy wybuchów. No w końcu!
            Nasłuchiwałem wrzasków, huków i tego typu dźwięków, wyłapując znajome odgłosy. Bardzo ucieszył mnie charakterystyczny dźwięk Chidori. Ale najbardziej ucieszył zgrzyt otwieranych z rozmachem drzwi mojego więzienia.
-Jesteś! – wykrzyknął Sasuke na mój widok, po czym rzucił się w moją stronę. Zaparło mi dech w piersiach, kiedy objął mnie z całej siły. Kopnąłem go kolanem w brzuch aż jęknął i zacząłem opieprzać przez knebel, przez co brzmiało to tylko jak jakieś stłumione jęki. Zaraz ściągnął mi go z twarzy.
-No w końcu! – zawołałem. – Masz coś do picia?!
            Złapał mnie za twarz, przyciągnął do siebie i zaczął całować. Kopnąłem go znowu, wyrywając się.
-Nie chcę twojej śliny! – zawołałem. Wywrócił oczyma.
-Ale jesteś wybredny – zakpił. Spojrzałem mu w oczy. Wyglądał jak mój stary, podły, zimny drań.
-Daj mi pić! – jęknąłem. Sięgnął za pazuchę i wyjął menażkę. Odkręcił ją i przytknął mi do ust, a ja piłem łapczywie, gasząc to cholerne pragnienie. – Dzięki – wysapałem, kiedy ugasiłem pragnienie. Zacząłem odczuwać głód, ale zignorowałem to. Sasuke spojrzał na mnie.
-Czy mogę cię już pocałować? – zapytał najpoważniej w świecie.
-Daj se spokój z całowaniem, rozwiąż mnie – powiedziałem, okręcając się tyłem do niego. Zaczął szarpać się z moimi więzami.
-Wiesz co, myślałem, że po trzech dniach będzie ci mnie choć trochę brakować – powiedział niby od niechcenia, ale wyczułem wyrzut w jego głosie. Przekręciłem się w jego stronę.
-TRZY DNI?! – wykrzyknąłem. Podniósł głowę i spojrzał mi w oczy.
-Nie wiedziałeś?
-Nie! Obudziłem się tylko raz, na chwilę! Myślałem, że nie minęła doba! – zawołałem. – No, to by wyjaśniało, czemu byłem taki spragniony!
            Przyjrzał się moim oczom.
-Musieli ci coś podać albo byłeś w genjutsu – stwierdził. Szarpnął jeszcze raz sznurem, którym byłem związany, po czym zaklął. – Nie potrafię tego rozwiązać! Na tym jest jakaś pieczęć!
-Jak wygląda? – zapytałem. Zapalił latarkę i poświecił na podłogę. Palcem w kurzu narysował znak z pieczęci. – Hmmm… wiem, trzeba nam klucza.
-Klucza? – zapytał, pomagając mi wstać.
-To będzie pieczęć z takim samym znakiem, ale odwróconym. Takim lustrzanym odbiciem. Jeden z nich powinien ją mieć. Przykładasz klucz do pieczęci na moich nadgarstkach i on ją dezaktywuje.
-Upierdliwe – mruknął zupełnie jak Shikamaru, po czym pochylił się dziwnie. Od razu zrozumiałem, o co mu chodzi i odskoczyłem do tyłu.
-Precz z łapami! – zawołałem. – Jeśli weźmiesz mnie na ręce, to o seksie będziesz mógł sobie co najwyżej poczytać w książkach Jiraiyi!
-Będzie szybciej! – zawołał, podpierając boki i przekrzywiając głowę. Spojrzał na mnie z politowaniem.
-Myślisz, że nie umiem biegać ze związanymi dłońmi, Uchiha?!
-Naru, chcę ci tylko jakoś ułatwić…
-Spieprzaj, powiedziałem! – przerwałem mu. Warknął na mnie i jednym susem znalazł się tuż przede mną. Przyparł mnie do ściany. Syknąłem z bólu, gdy moja głowa uderzyła o zimny kamień. Na chwilę przytkało mi nawet uszy, jednak to dziwne wrażenie zaraz minęło.
-I co teraz? – zapytał.
-Teraz stąd wyjdziemy – powiedziałem beznamiętnie, patrząc mu w oczy. – Obaj na własnych nogach.
-No weź, jesteś związany! Co zszarpaniem się i błaganiem o litość?
-Zapomnij.
-Jesteś okrutny. Nie miałem cię całe trzy dni – to powiedziawszy, ponowie natarł na moje usta. Zacząłem oddawać jego pocałunki, czując, jak bada dłońmi moje ciało. Mi również go brakowało, ale w tej chwili to nie był ani czas ani miejsce na czułości. Oderwałem się od jego ust.
-Wystarczy, musimy znaleźć ten klucz. A potem wrócimy do wioski. A potem w końcu użyjemy tych twoich kajdanek z szuflady – parsknął śmiechem i cofnął się.
-Trzymam cię za słowo – powiedział i obaj skierowaliśmy się do wyjścia.
            Nie miałem żadnych problemów z utrzymaniem równowagi, wbrew obawom Uchihy. Biegliśmy po schodach, on przodem, ja za nim, po czym wypadliśmy na chłodną noc. Gdzieś niedaleko rozbrzmiewały odgłosy toczącej się walki. Sasuke zerknął na mnie.
-Może poczekaj…
-Zgłupiałeś do reszty, Uchiha?! Nie będę stał i patrzył, kiedy inni się biją! – przerwałem mu. – Nie mam mowy!
-Naruto, po prostu poczekasz tu, aż znajdę klucz i cię rozwiążę!
            Spojrzałem na niego sceptycznie.
-Nie chcę na nic czekać! A jak przez to coś komuś się stanie?! Jestem przyszłym Hokage, nie mam zamiaru stać zboku!
            Wywrócił oczyma.
-Ale trzymasz się blisko mnie i uważasz na siebie! – nakazał mi, ruszając. Pobiegłem za nim.
-Nie jestem dzieckiem, nie traktuj mnie tak! – zawołałem.
-Jesteś moim chłopakiem, mogę cie traktować jak chcę! – odparł, nieco już zły. Pole bitwy było coraz bliżej, mijaliśmy kolejne drzewa.
-Hola, hola, nie przypominam sobie, żebym się na cokolwiek godził! – zawołałem, żeby go jeszcze bardziej rozdrażnić. Zerknął na mnie przez ramię.
-Powiedzmy, że dałeś mi do zrozumienia, jaka jest twoja odpowiedź – odparł.
-Czym? – niewinny ton był moim mistrzostwem.
-A zgadnij, Naruto.
-No nie wiem… No nie wiem… myślę, że to było raczej mało wyraźne…
            Potknął się o coś i mało nie wyłożył na leśnej ściółce. Parsknąłem śmiechem i wyminąłem go, korzystając z sekundy jego rozproszenia.
-Mało wyraźne, co? – zapytał, zrównując się ze mną. – A co dla ciebie jest wyraźne?
-Zastanowię się – odarłem z wyższością. W tym momencie las skończył się i wypadliśmy na niewielką przestrzeń między lasem a urwiskiem. Huk jakiejś potężnej rzeki płynącej w dole niemal zagłuszał odgłosy walki, która toczyła się między Kakashim, kilkoma członkami ANBU i Sakurą, a moimi porywaczami.
            Ktoś cisnął w nas serią shuriken, więc odskoczyliśmy obaj, ja w lewo, Sasu w prawo i przyłączyliśmy się do walki. Zostałem zaatakowany przez jakiegoś całkiem niebrzydkiego mężczyznę o jasnych oczach i włosach. Nie było trudno blokować jego ciosów, nawet jeśli do dyspozycji miałem tylko nogi. W pewnym momencie kopnąłem zamaszyście, wytrącając mu kunai z dłoni po czym rozłożyłem go na łopatki kilkoma kopnięciami. Padł na ziemię, nieprzytomny, zanim zorientował się, co się tak naprawdę stało. Wykręciłem nieco jedną ze swoich rąk i w końcu udało mi się utworzyć pieczęć.
-Kage Bunshin no Jutru! –zawołałem.
            Dookoła zaroiło się od moich kopi, które przyłączyły się do walki. Wszystkie miałem związane dłonie, ale w przeciwieństwie do pieczęci na moich nadgarstkach, tamte były fałszywe, więc żaden z klonów nie miał problemu z pozbyciem się więzów. Ich celem było odnalezienie tego z porywaczy, który miał klucz do mojej pieczęci.
            Nagle jeden z klonów zniknął, a w moim umyśle pojawiły się informacje, które uzbierał. Klucz do pieczęci miał ten wielki dryblas, któremu złamałem nos, gdy się obudziłem. Nosił go zawieszonego na szyi, namalowanego na małym, drewnianym nieśmiertelniku.
-Sasuke! – ryknąłem. – Ten wielki ma klucz! Na szyi!
            Sasu zerknął na mnie, posyłając na glebę jednego ze swoich oponentów. Wskazałem nogą człowieka, którego miałem na myśli, ale w tym samym momencie ktoś zaatakował tego mojego nieszczęsnego chłopaka, wiec tylko gestem nakazał mi nic nie robić i zabrał się za walkę. Warknąłem wściekły i nie czekając na niego, rzuciłem się ku dryblasowi.
            Facet walczył najlepiej z całej tej popieprzonej bandy.Właśnie powalił jednego z członków ANBU i rozglądał się za kimś, komu mógłby przyłożyć. Stanąłem naprzeciw niego, a jego ciemne oczy natychmiast na mnie spojrzały.
-No proszę, kogo tu mamy, mały lisek – powiedział, patrząc na mnie z przekrzywioną głową. Prychnąłem, prostując się. Musiałem naprawdę żałośnie wyglądać z tymi związanymi dłońmi.
-Zważ sobie, do kogo mówisz – powiedziałem głośno. – Jestem Uzumaki Naruto, przyszły Hokage Wioski Ukrytej w Liściach!
-I myślisz, że na to stanowisko wybiorą pedała? – zapytał z kpiną w głosie. Nie czekałem na Sasuke. Po prostu rzuciłem się na niego i z miejsca go zaatakowałem.
            Zablokował mój wykop z półobrotu, jednak ja nie przejąłem się tym. Ponownie składając palce do pieczęci, stworzyłem dziesięć kopii. Patrzyłem, jak starając się zerwać mu klucz z szyi, dwa z nich postanowiły użyć Rasengana, by go powalić. Jednak facet naprawdę był dobry. Zablokował ich jutsu i w niespełna pięć minut pozbył się wszystkich moich sobowtórów. Wtedy znów zaatakowałem go osobiście.
            Dziwnie było walczyć, mogąc tylko kopać, w dodatku jeszcze musiałem blokować jego ciosy. Przez to wszystko co chwila musiałem się cofać, a on napierał na mnie nieustannie. Jego ataki były nawet dość celne, a obronę miał wręcz perfekcyjną, jeśli chodzi o taijutsu, z którego wielkim geniuszem nigdy nie byłem. Ech, gdybym tylko miał wolne dłonie!
            W pewnym momencie, po raz pierwszy od początku naszej walki, uderzył mnie w pierś. Cofnąłem się i nagle jedna z moich stóp straciła grunt. Upadłbym, gdyby nie jego łapa, która zacisnęła mi się na koszulce. Obejrzałem się za siebie. Stałam na samym brzegu klifu, a hen w dole huczała wielka, rwąca rzeka. Spojrzałem na oprawcę. Nie patrzyła na mnie, tylko na wściekłego Sasuke, trzymającego katanę w dłoni i stojącego jakieś trzy metry przed nami. Oczy Uchihy kipiały wściekłą czerwienią.
-Puść go – wysyczał. Dryblas uśmiechnął się.
-A wtedy ty mnie oszczędzisz? Akurat – prychnął, ściągając z siebie klucz. Powiesił mi go na szyi. – Miłego lotu!
            Po czym pchnął mnie z całej siły. Poczułem, że opadam. W ostatniej chwili ujrzałem tylko oczy Sasuke, szeroko otwarte z przerażenia, a w następnej było już tylko oddalające się ode mnie niebo. Ale przecież byłem shinobi! Kurde, nie raz skądś spadałem!
            Próbowałem się jakoś obrócić, by uczepić się skały stopami, w których już gromadziłem chakrę. Zawadziłem o jakąś gałąź, zacząłem się obracać w niekontrolowany sposób, a potem – nagle – moja głowa pękła na pół. Dosłownie. Uderzyłem nią z całej siły w jakiś występ skalny. Ból sięgnął granic, takiego bólu głowy jeszcze nie czułem. Krzyknąłem i wtedy moje ciało z całym impetem rąbnęło o lodowatą taflę wody, a mnie pochłonęła zimna czerń.

3 komentarze:

  1. Biedny Naru... A mógł słuchać się Sasia...

    Ala taka już natura Naruto, żeby się w coś wpaprać i czekać na księcia (Sasia) z bajki..

    OdpowiedzUsuń
  2. Co ty mu kobieto zrobiłaś? mam nadzieję ze nie zginął...

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak moze "moja głowa pękła na pół. Dosłownie" takie cos powstac ? Przeciez jak sie uderzy glowo o cos twardego to sie ginie ..( peka czaszka i dochodzi do krwotoku muzgowego ) .. Naruto spadl z klifu .. A tam raczej nie bylo z metra wysokosci ... Juz nawet z 2 metrow na ziemie jewt groźne a co dopiero uderzyc tak w glowe ....

    Naruto dziwnie sie zachowuje ... Mimo ze spal z sasuke to jaewt jakis dziwny... On sie o niego martwi. Probuje pomoc itp a on go odpycha
    Fajny rozdział..
    Pozdrawiam~Shizuo

    OdpowiedzUsuń