wtorek, 18 grudnia 2012

3. Sen, w którym pojawiają się szepty

Jak zwykle było tak samo, bo nie wziąłem tabletek. Po tym, jak Uzumaki mnie walnął uznałem, że udawanie przed nim geja żeby go odstraszyć było najbardziej durnym pomysłem, na jaki mogłem wpaść. Zupełnie nie spodziewałem się, że mi przyłoży. I to jeszcze jak! Kto by pomyślał, że ta chodząca pomyłka ma tyle siły. Wstałem, poszedłem do łazienki, słysząc, jak sąsiedzi opuszczają nasz dom, a potem walnąłem się spać. Uznałem, że zasnę bez tabletek. Nawet kosztem nocnych koszmarów.
            Z początku nie śniłem o niczym, a potem znów obudziłem się we śnie, słysząc odgłosy wystrzałów. Wstałem z łóżka i nagle uderzyło mnie to, jak wysoki jestem. We śnie było to głupie, ale byłem całkowicie świadomy. Zawsze wiedziałem, że to sen, ale nie potrafiłem go przerwać. Mogłem tylko wykonywać określone ruchy. Wstać, zejść na dół, zobaczyć ich. Dwa razy wypowiedzieć słowo „mamo”. I tyle.
            Teraz jednak sen był inny. Byłem wyższy, w zasadzie, byłem taki jak w rzeczywistości. Jednak coś nadal ciągnęło mnie na dół, wciąż słyszałem wystrzały. Ruszyłem do drzwi i wyszedłem na schody. Zacząłem schodzić w dół, boso, ogarnięty moim dziecinnym strachem.
-Mamo? – szepnąłem w odpowiedzi na znajome rzężenie.
-Nie idź tam! Nie idź w tę ciemność! – ten głos sprawił, że podskoczyłem i obejrzałem się za siebie. Nikogo nie zobaczyłem, a przecież tak wyraźnie słyszałem ten szept!
-Usuratonkachi? – zapytałem, również szeptem, ale nikt mi nie odpowiedział. W ciszy znów słychać było tylko to rzężenie. – Usuratonkachi! – obejrzałem się jeszcze raz, a potem poddałem moim majakom sennym. Zszedłem na dół, czując się jak dziecko, jak dziewięciolatek, po czym zajrzałem do salonu. I znów to samo…
-MAMO! – zerwałem się z wrzaskiem. Oddychałem szybko i nierówno, jakbym dopiero co przebiegł kilometr. Zerknąłem na zegarek stojący na moim biurku, fosforyzujące strzałki wskazywały czwartą rano. Opadłem na poduszki, wzdychając. Wiedziałem, że już nie zasnę. W myślach odtworzyłem sobie cały sen, od początku, do końca. Co robił w nim głos tego debila? Czemu go słyszałem? Czemu nie miałem dziewięciu lat, tak jak zawsze?
            Te myśli nie dawały mi spokoju. Jakim cudem ten ledwo poznany przeze mnie koleś zagościł w moim najgorszym koszmarze, w dodatku tak idealnie wpasowując się w jego scenerię? Przypomniał mi się jego prawdziwy szept, tam na schodach, kiedy prowadziłem go do mojego pokoju. Wtedy, gdy wypowiedział te same słowa, po plecach przebiegły mi ciarki. Było tak, jakby siedział w mojej głowie, jakby wiedział wszystko o mich koszmarnych snach. Ale przecież nie mógł wiedzieć… Nie mógł!
            Wierciłem się, dręczony moimi myślami, aż nie usłyszałem budzika Itachiego. Wtedy stwierdziłem, że można już wstać, ubrałem się i zszedłem na śniadanie. Byłem głodny. I to naprawdę głody.
            Itachi znów przygotował jajecznicę. Chyba tylko to potrafił. Kiedy jedliśmy, żaden się nie odzywał. W końcu mój brat wstał od stołu i zawiesił sobie na szyi aparat. Zabrał kurtkę z wieszaka w sieni i wrócił do kuchni, zakładając ją.
-Skosisz trawnik i zrobisz obiad, co? – zapytał, a ja zerknąłem przez okno. Było dość chłodno jak na koniec lata.
-Nie uszanujemy niedzieli? – zapytałem, a on wzruszył ramionami.
-Ja nie szanuję niedzieli. Idę dziś do redakcji tak czy siak. Na razie, Sasuke.
-Tak, cześć – powiedziałem. Szybko skończyłem swoją jajecznicę i poszedłem do salonu. Włączyłem telewizor i chwilę oglądałem jakiś durny, poranny program. Byłem senny i zmęczony, więc nie zdziwiłem się, kiedy po jakimś czasie otworzyłem oczy i okazało się, że się zdrzemnąłem, bo w telewizji leciało już coś zupełnie innego. Często zasypiałem w najmniej odpowiednich momentach, a w nocy nie mogłem.
            W końcu zwlokłem się z kanapy, wyłączając telewizor i wyszedłem na zewnątrz, ubierając kurtkę. Wyciągnąłem kosiarkę z garażu i zabrałem się za koszenie trawnika. Wiedziałem, że sąsiedzi nie będą raczej zadowoleni z tego, że wybrałem na koszenie trawy przed domem akurat niedzielny poranek, ale mi to zwisało. Zresztą, jednego z sąsiadów chciałem akurat wkurzyć, dlatego ucieszyłem się na widok jego zaspanej mordy, która pokazała się w jednym z okien. Uśmiechnąłem się wrednie na widok zamglonych, niebieskich tęczówek. Otworzył okno i wrzasnął coś do mnie. Wyłączyłem kosiarkę.
-Czego?! – wydarłem się do niego. Skwasił minę.
-Musisz to robić z samego rana?! – krzyknął, a ja prychnąłem.
-Muszę! – odparłem i znów włączyłem sprzęt. Wkurzył się i zatrzasnął okno.
            Niedługo później pod jego dom zajechał całkiem spory samochód dostawczy. Patrzyłem, jak wyskakuje z niego gość w czapce z daszkiem na głowie i w podskokach dociera pod drzwi domu Jiraiyi z jakimś blankiecikiem w ręku. Zmarszczyłem nos, gdy zapukał, a jeszcze bardziej zdziwiłem się na widok miny Naruto, kiedy otworzył mu drzwi.
            Uzumaki był nadal w piżamach i chyba zupełnie nie kontaktował. Patrzył na dostawcę jakby nigdy w życiu kogoś takiego nie widział, co chwila przecierając pięścią jedno oko. Wyłączyłem kosiarkę, by co nieco podsłuchać.
-Ale nie możliwe, żeby do mnie – mówił do dostawcy. – Kurde, przecież ja tu mieszkam od wczoraj i nawet nie wiem, gdzie się podział właściciel tej chaty…
-Pan podpisze i wniesiemy z chłopakami, a pan się będzie martwił później… mamy jeszcze inne dostawy…
            Uzumaki rozejrzał się zdezorientowany, w końcu wziął długopis od mężczyzny w czapce i podpisał. Tamten migiem wrócił do samochodu, z którego wysiadło jeszcze dwóch mężczyzn. Otworzyli samochód i zaczęli wyciągać z niego jakieś pudła, a potem kolejno wnosić je do domu. Uzumaki stał w progu, lekko ogłupiały z powodu tej sytuacji. Na chwilę zerknął na mnie i zobaczyłem, jak bardzo jego błękitne tęczówki są zdenerwowane i zdezorientowane. A potem usłyszeliśmy klakson i odwróciliśmy od siebie wzrok, spoglądając na zajebisty, srebrny kabriolet Jiraiyi, który zaparkował za samochodem dostawczym.
-Naruto! – huknął mężczyzna, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony. – Ty jeszcze w piżamach?! Jak ci się podoba mój prezent?
-To… to ty? – zapytał oszołomiony Naruto, wskazując samochód dostawczy. Jiraiya zbliżył się do niego.
-Jutro wyjeżdżam więc pomyślałem, że takie rzeczy powinienem załatwić od razu, udało mi się też załatwić, by dziś to dostarczyli. Moim zdaniem powinieneś mieć własny komputer, będziemy mogli się ze sobą kontaktować kiedy już wyjadę… no i potrzebne ci też biurko… i jakieś meble… trochę się nie przygotowałem na twój przyjazd…
            Uzumaki nie odzywał się. Spuścił głowę i wpatrywał się w swoje stopy jakby coś go speszyło. W końcu hardo podniósł głowę.
-To zupełnie niepotrzebne! – oświadczył dobitnie, a Jiraiya zdębiał.
-Słucham? – zapytał starzec.
-Zupełnie niepotrzebne – powtórzył Naruto, a ja uniosłem brwi. On… i honor? – I tak wiele dla mnie zrobiłeś, wyciągnąłeś mnie z tamtego… - stłumił przekleństwo, zaciskając szczękę. – Z tego miejsca. Nie musisz… ja nie chcę, żebyś na mnie wydawał pieniądze… znajdę tu pracę, będę się dokładał do rachunków, ja nie mam zamiaru na tobie pasożytować…
            Jiraiya wybuchnął śmiechem i złapał chłopaka za ramiona. Przyciągnął go do siebie i objął, głaszcząc po głowie. Uzumaki miał twarz zwróconą ku mnie, więc widziałem jego oczy, szeroko otwarte, zdumione, oraz jego policzki, które pokryły rumieńce. W jego spojrzeniu można było czytać jak w otwartej księdze.
-Naruto, jestem twoim ojcem chrzestnym! – huknął Jiraiya, mierzwiąc mu włosy. – To mój obowiązek i wielka dla mnie przyjemność. W końcu po siedemnastu latach mojej nieobecności coś ci się należy, prawda?!
            Puścił blondyna, który spojrzał na niego prawie ogłupiały. Poczułem się tak, jakbym wkroczył w czyjąś prywatną, nie, bardziej… niemalże intymną sferę, tak więc szybko odpaliłem kosiarkę, by nie słyszeć odpowiedzi Uzumakiego. Nie chciałem słyszeć, jak Usuratonkachi dziękuje. A może po prostu nie chciałem widzieć, jak niebo w jego oczach robi się płynne i deszczem spływa po policzkach?
            W każdym razie dokończyłem pracę i zaciągnąłem kosiarkę do garażu, a potem poszedłem do domu i zabrałem się za szykowanie obiadu. Byłem zły na siebie za to, że się temu przyglądałem. Że byłem świadkiem sceny, w której Usuratonkachi miał okazję pokazać, że jest dumnym i honorowym człowiekiem. I to jak zaprzeczył, że nie jest pasożytem! Ciekawe, czy zdawał sobie sprawę z tego, że w tamtej chwili mi zaimponował? Nie, na pewno nie. Był na to za głupi.
            Itachi nie wrócił w porze obiadowej, tak więc zjadłem sam, przed telewizorem, na zmianę patrząc to na ekran, to czytając kolejne strony zadanej lektury. W końcu zasnąłem nad książką i przy włączonym telewizorze.
            I mój sen powtórzył się. Ale nie ten stary sen, tylko ten nowy, dzisiejszy. Głos Naruto, tak wyraźny jak przedtem, ostrzegł mnie w połowę schodów, bym nie szedł w ciemność. Tym razem wyraźnie usłyszałem w tym jego przejmującym szepcie całą gamę uczuć. Słowa starały się trwać dłużej, niż za pierwszym razem i być głośniejsze. Pojedyncze nuty skrywały w sobie głęboki strach, obawę, leciutką dozę desperacji i coś jeszcze, czego nie byłem w stanie zidentyfikować. Jednak nie posłuchałem go. Zajrzałem do salonu i znów ich zobaczyłem.
-Ach! – zerwałem się, chwytając wiszącą nade mną postać za kołnierz. Itachi chrząknął znacząco, a ja, zmieszany, natychmiast go puściłem. Mój brat wyprostował się.
-Czemu śpisz na kanapie? – zapytał, a ja przetarłem oczy, rozglądając się.
-Co? – zapytałem nieprzytomnie.
-Czemu tu śpisz? Ty wiesz, która jest godzina?
-Nie, a która? – zapytałem zdezorientowany.
-Trzecia w nocy.
            Posłałem mu kolejne nieprzytomne spojrzenie.
-Trzecia?! – wykrzyknąłem, załapawszy nagle sens jego słów. – Kurwa, nie skończyłem tej debilnej książki! – zacząłem rozglądać się dookoła za moją książką. W tych ciemnościach nic praktycznie nie widziałem. Itachi zdzielił mnie nagle ową książką przez głowę, po czym wcisnął mi ją w ręce.
-Szoruj na górę i się kładź, baranie! – wydarł się na mnie.
            Wstałem chwiejnie z kanapy, trzymając się za głowę. Czułem się jak ostatni idiota. Jak…
-Usuratonkachi – powiedział nagle Itachi, a ja spojrzałem na niego zdumiony. Naruto? Gdzie? Po raz drugi rozejrzałem się dookoła. Nagle zdałem sobie sprawę z tego, że to o mnie mówił. Wkurzyłem się.
-Jak mnie nazwałeś?! – warknąłem wściekły, a on prychnął.
-Nie ja. Widać sam siebie potrafisz odpowiednio nazwać – odparł, a ja otworzyłem szerzej oczy.
-Co?
-Mówisz przez sen, Sasuke. Tak cię znalazłem. Usłyszałem, jak mówisz do siebie… „usuratonkachi” i „usuratonkachi”…
            Gdyby było jasno, mój brat byłby świadkiem, jak pierwszy raz w życiu moją twarz zalewa rumieniec. Wytrzeszczyłem na niego oczy, ale na szczęście nie mógł tego zobaczyć w zupełniej ciemności, jaka panowała w naszym salonie. Odwróciłem się bez słowa i spokojnie wyszedłem z pomieszczenia, choć wszystko we mnie wrzało. Po omacku dotarłem na górę. Otworzyłem drzwi i spojrzałem przed siebie, na okno. Zamarłem.
            Naruto Uzumaki siedział na parapecie swojego pokoju, bawiąc się małym wisiorkiem na rzemyku, który błyskał co chwila, odbijając jasne światło księżyca. Przy uchu miał słuchawkę od telefonu, do której cały czas coś mówił, uśmiechając się przy tym nieznacznie. Widziałem go aż za dokładnie, ale on nie widział mnie. Patrzył na swój wisiorek, oczy miał zmienione, bardziej poważne, wyjątkowo spokojne, nawet jego uśmiech był inny, nie tak debilny jakim go widziałem te parę razy. Coś przewróciło mi się w żołądku.
            Zamknąłem drzwi i padłem na swoje łóżko. Jeszcze raz przeniosłem wzrok na okno i zobaczyłem, że Usuratonkachi patrzy… na mnie. Otworzyłem szerzej oczy i już chciałem wykonać jakiś gest, który go odstraszy, gdy jego spojrzenie się przesunęło i nagle zdałem sobie sprawę, że choć patrzył w moim kierunku, to wcale nie oznaczało, że mnie widział. W końcu była noc. On siedział tak, że to na niego padało światło księżyca. Natomiast mój pokój pogrążony był w ciemnościach. Nawet, jeśli miałem odsłonięte rolety i leżałem na wprost okna, Uzumaki nie miał prawa mnie zobaczyć. Odetchnąłem z ulgą i wtuliłem policzek w poduszkę.
            I w tym momencie zastanowiło mnie, z kim też on gadał o trzeciej w nocy? Komu i co o tej porze opowiadał? Kto chciał go słuchać tak późno? Kogo tak obchodziło jego życie, by pozwolić mu marnować swój czas w tych godzinach? I doszedłem do jednego, jedynego wniosku, jaki wydawał mi się w miarę logiczny.
            Usuratonkachi miał dziewczynę. Nie miałem pojęcia, czemu ta informacja tak bardzo wyprowadziła mnie z równowagi.

3 komentarze:

  1. ... Zatkało mnie. Mimo tego, że opowiadanie jest poza kanonem i światem, który tak lubię, jest świetne. Naprawdę nie mogę się oderwać. Gratuluje talentu ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Biedny Sasuke zrobił się zazdrosny... Ciekawe kiedy sobie to uświadomi... Nie będę ograł ogromnych komentarzy... Na taki pozwolę sobie przy ostatnim odcinku ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zazdrosny Sasuke? Bosko! Coraz lepsze to opko :3

    OdpowiedzUsuń