wtorek, 18 grudnia 2012

4. Nowy uczeń i stary nauczyciel

Rankiem to nie budzik, tylko ból głowy kazał mi zejść z łóżka. Do łazienki to się wlałem, a nie wszedłem i biorąc gorący prysznic myślałem tylko o tym, ile tabletek połknąć, by ten ból powstrzymać. Często budziłem się z łupaniem w skroniach, wynikało to zawsze z tego samego. Z niedospania. Z częstego budzenia się w nocy. Z moich nocnych demonów.
            Kiedy, już ubrany i z teczką, schodziłem na dół, usłyszałem, że Itachi znów nie jest sam. Zatrzymałem się w połowie schodów, zastanawiając się czy nie wrócić i nie przeczekać, ale koniec końców stwierdziłem, że to byłby szczyt wszystkiego, gdybym musiał się przed czymkolwiek chować nawet we własnym domu.
            W kuchni powitały mnie trzy uśmiechy, tak wybitnie irytujące, jeżeli porównać je z moim własnym nastrojem. Uśmiechał się do mnie mój brat, uśmiechał się Jiraiya, ubrany w wypasiony garnitur z płaszczem w ręku i uśmiechał się, a raczej debilnie szczerzył zęby, blondwłosy Usuratonkachi ubrany w mundurek szkolny, z teczką na ramieniu. Ten mundurek doprowadził mnie niemalże do szału. Z jakiej paki ta chodząca pomyłka miała uczęszczać do tej samej szkoły, co ja?!
-Co ci się stało, Sasuke? – zapytał Naruto na mój widok, ale ja zignorowałem jego pytanie, tylko dorwałem się do ekspresu. Po chwili piłem już moją ukochaną kawę, nie patrząc na nikogo. Rozmawiali o wyjeździe Jiraiyi, o ilości godzin, które miał spędzić w samolocie, o jego nowej książce. Nie słuchałem ich, tylko przeszukiwałem szafki, by odnaleźć tabletki przeciwbólowe. W końcu je znalazłem i połknąłem dwie naraz, popijając je kawą. W dupie miałem, że nie powinno się tak robić. Ruszyłem w stronę wyjścia, kiedy nagle zorientowałem się, że idę sam. Przystanąłem.
-Spóźnimy się, niedorajdo! – warknąłem na Uzumakiego, a ten drgnął i spojrzał na mnie zdumionymi oczyma. Niebieskie tęczówki były przygaszone. Przełknąłem ślinę i odwróciłem wzrok.
-To cześć – usłyszałem, jak mówi do Jiraiyi za moimi plecami.
-Tak, trzymaj się, Naruto. Dbaj o siebie. Itachi będzie na ciebie uważał. Ucz się. I nie zgub się nigdzie. I…
-Spoko! – zawołał Uzumaki, przerywając mu. Chyba się uścisnęli. Nie byłem pewien.
            Po chwili szliśmy już w stronę szkoły. Naruto nie odzywał się, ja za to rozkoszowałem się spokojem i świeżym powietrzem, tak przyjemnie kojącym ból mojej głowy.
-Daleko jest ta szkoła? – zapytał Usuratonkachi zaledwie po kilku minutach spaceru. Wywróciłem oczami. Wiedziałem, że długo to on w ciszy nie będzie siedział.
-To raptem ze dwadzieścia minut piechotą.
-E, to serio blisko. Kurde, ja do mojej poprzedniej szkoły musiałem dojeżdżać autobusem. I kurde, tego… no, całkiem tu ładnie. Spokojna okolica…
-Czy możesz się zamknąć? – zapytałem rozdrażniony, bo nie miałem ochoty słuchać, co sądził o tej okolicy. Miałem to w nosie. Chciałem tylko, by ta głowa przestała mnie tak bardzo boleć.
-Chcę z tobą pogadać, no! Nikogo tu nie znam, sam rozumiesz. Nie musisz być cały czas zgryźliwy. Wiem, że się gniewasz za tamto uderzenie, ale twój żart wcale nie był śmieszny…
-Nie żartowałem – odparłem, a potem natychmiast odwróciłem spojrzeniem od tych niebieskich, pełnych zdziwienia tęczówek. Nie miałem pojęcia, co mnie podkusiło, by to powiedzieć. Po prostu nie chciałem, by kojarzył mnie z tymi hipokrytkami ze szkoły, to wszystko.
-To… eee… nie, żeby mi przeszkadzało, czy coś… - wyjąkał. Kusiło mnie by zobaczyć, czy znów się zaczerwienił, ale nie spojrzałem na jego twarz. Uparcie patrzyłem przed siebie, na twarz przybrawszy chłodną maskę, za którą zazwyczaj się chowałem. Ból głowy sięgał szczytów. Ledwo widziałem na oczy, ale byłem pewien, że moja twarz nie wyraża niczego. – Tego… no… o, widzę naszą szkołę! – wydarł się nagle, po czym puścił biegiem. Patrzyłem, jak mnie wyprzedza i dopiero teraz pozwoliłem sobie na uśmiech. Ten debil był… niezwykły. I trochę nienormalny, oczywiście.
            Dotarłem do szkoły spacerkiem i zastałem go, gdy z zainteresowaniem oglądał pomnik patrona szkoły i wysmarowane na cokole graffiti. Wielu ludzi gapiło się na niego, bo śmiał się głośno za każdym razem, kiedy przeczytał coś zabawnego. Stojąc w pewnej odległości od niego podziwiałem, ile energii miał w sobie i sposób, w jaki ta energia się u niego uzewnętrzniała. Cały czas był w ruchu, jakby już samo stanie w miejscu go w jakiś sposób ograniczało. Śmiał się zawsze głośno, pokazywał przy tym wszystkie zęby. Jego oczy tryskały optymizmem, a złote włosy mieniły się w porannym słońcu.
-A kto to tak wzbudza sensację? – spytał nagle głos tuż za mną. Przeniosłem spojrzenie z Naruto na stojącego za mną mężczyznę.
-Dzień dobry, sensei – przywitałem się z Hatake, a on skinął mi głową w odpowiedzi. – To nowy uczeń – wyjaśniłem mu. Hatake przekręcił głowę w bok, jakby jego dziwna fryzura trochę mu ciążyła, ciągnąc go w dół.
-Hmmm… ciekawy okaz – powiedział z namysłem.
-Niech mi pan wierzy, jestem pewien, że długo tu nie pociągnie – uśmiechnąłem się wrednie ale i trochę z politowaniem. Byłem absolutnie pewien, że Uzumaki nie da sobie rady, w naszej szkole poprzeczka zawieszona była bardzo wysoko. Zbyt wysoko jak na jego mały móżdżek.
            W tym momencie Usuratonkachi oderwał spojrzenie od cokołu i zwrócił się ku mnie.
-Hej, Sasuke, tu jest napisane, że ktoś cię koch…! – i nagle urwał, bo jego spojrzenie spoczęło na Kakashim-sensei. Wyraz jego twarzy zmienił się diametralnie. Policzki najpierw mu pobladły, a potem lekko się zaróżowiły. W jego oczach odmalowała się cała gama czuć: najpierw zdumienie, potem wściekłość, następnie strach, zmieszanie i zakłopotanie, a na koniec znów wściekłość. Hatake nachylił się nade mną.
-Chyba się z tobą zgadzam, Sasuke – szepnął, po czym niespiesznie się oddalił. Gdy tylko zniknął we wnętrzu szkoły, Uzumaki rzucił się na mnie i złapał mnie za ramiona.
-To był Hatake Kakashi?! – zapytał napastliwie, potrząsając mną. Jego niebieskie tęczówki były tak blisko mnie, że mogłem dostrzec subtelną różnicę w kolorze między ich obwódkami, a środkiem, znajdującym się przy źrenicy. Był za blisko. Stanowczo za blisko. Zły, wyrwałem się z jego uścisku, po części by uwolnić się od jego spojrzenia, a po części dlatego, że odczułem ból w miejscach, gdzie wbił mi paznokcie w ciało. A przecież miałem na sobie marynarkę!
-Tak, o co ci chodzi?! – odpowiedziałem, otrzepując się. Ledwo mnie dotknął, a ja już czułem się brudny.
-Co on tu robi?! – zadał kolejne napastliwe pytanie, tym razem nie patrząc na mnie, tylko na wejście do szkoły, za którym chwilę temu zniknął Kakashi.
-Uczy. Będziemy mieć z nim dziś zajęcia z literatury. Co cię napadło?
            Nie odpowiedział, tylko jego oczy zmieniły wyraz. Nagle zabłysły stalą. Ruszył bez słowa w stronę szkoły, a ja za nim, lekko kręcąc głową. Uczniowie gapili się na nas, ale nie zwracałem na to uwagi. Na mnie zawsze się gapili, w szczególności dziewczyny. Uzumaki też musiał być do tego przyzwyczajony, bo skuteczni przedzierał się przez tłum, któremu się wydawało, że jest w jakiś sposób interesujący. No cóż. Cyrk to on na pewno umiał z siebie zrobić.
            Weszliśmy do szkoły. Chciałem go zapytać do jakiej klasy został zapisany, ale nagle zorientowałem się, że nie ma go obok mnie. Zanim zdążyłem zacząć go szukać, zadzwonił dzwonek, więc z westchnieniem poszedłem do klasy, mając nadzieję, że sam się odnajdzie.
            No i odnalazł się, w połowie zajęć. Wtoczył się do mojej klasy i tłumacząc się przed Kurenai, że jest nowy, zajął jakieś wolne miejsce z tyłu. Udawałem, że go nie znam. Jego wejście smoka wzbudziło jednak w klasie salwę śmiechu, a każdy, kogo minął idąc do swojego stolika, uścisnął mu rękę i się przedstawił. Cóż, jak widać przyjaciół też potrafił sam sobie zdobyć, więc to chyba oznaczało, że nie będę musiał go już więcej niańczyć.
            Na wszystkich przerwach tego dnia to stolik Naruto był najbardziej okupowanym miejscem w klasie. Uzumaki był w swoim żywiole, bynajmniej tak mi się wydawało. Śmiał się i wygłupiał, popisywał i dowcipkował, podrywał dziewczyny, rzucając głupawe teksty i opowiadał o różnych śmiesznych tarapatach, w których się nie raz znalazł wraz ze swoimi kumplami z dawnej szkoły. Wszyscy śmiali się z tego, klepali go po plecach, co chwila ktoś podchodził, by się z nim zapoznać. Tylko moje najbardziej zagorzałe fanki tego nie zrobiły, ale zupełnie mnie nie obchodziło, ile osób go lubi, a ile nie.
            Na lekcjach za to siedział cicho. Parę razy ukradkiem na niego zerknąłem. W ogóle nie interesował się tym, co mówili nauczyciele, błądził myślami gdzieś po swoim świecie. Był nowy, więc nikt się go nie czepiał, ale jak miało tak być dalej w przyszłości, to byłem pewien, że prędzej czy później wyleci.
            Aż w końcu przyszła ostatnia lekcja, lekcja z Kakashim Hatake. Czekałem na nią, bo chciałem odkryć, o co chodziło Uzumakiemu, że tak dziwnie zareagował na profesora z szarymi włosami. Uzumaki chyba też na nią czekał, bo gdy tylko Hatake wszedł do klasy (oczywiście spóźniony dziesięć minut), ten wyprostował się jak struna i przestał poruszać. Przyglądał się za to nauczycielowi z taką gamą uczuć w oczach, że już zupełnie nie byłem w stanie ich rozróżnić. Czy czuł strach? Może gdzieś słyszał, że Hatake to kosa jakich mało? A jeśli nie strach, to co? Zerknąłem na niego. Tak, w tych niebieskich tęczówkach była pewna doza strachu, ale niewielka. Co jeszcze czuł? O co mu chodziło? Tego wszystkiego było tak dużo, że choć to widziałem, wciąż nie rozumiałem.
            Nauczyciel rozpoczął lekcję od sprawdzania listy. Gdy dotarł do Uzumakiego i spojrzał na niego, blondyn wyglądał jak posąg, taki był drętwy, i jak wiśnia, taki czerwony. Choć może wszystko koloryzowałem, bo jakoś nikt inny nie gapił się na Uzumakiego, nikt inny w klasie nie zauważył, jak dziwnie i nienaturalnie się zachowywał.
            Po sprawdzeniu listy Kakashi ogłosił wszem i wobec, że najpierw odpyta z lektury. Wszyscy jęknęli głośno, ale gdy obrzucił spojrzeniem klasę, zaległa cisza. Zaczął na wyrywki wypytywać się o szczegóły z książki.
-Sasuke! – zawołał nagle, po postawieniu kilku jedynek i zaledwie jednej trói. Wyprostowałem się. Miałem nadzieję, że zapyta z początku książki, bo przecież zasnąłem i jej nie skończyłem. – Co się stało z Wuo[1] na koniec książki?
            Kurwa! Ja to miałem szczęście jakiego mało. Dostać pałę u Kakashiego za nie doczytanie książki do końca? Itachi mnie zabije i nie będę już mógł zasłaniać się dobrymi ocenami!
            Otworzyłem usta by coś zmyślić naprędce.
-Umarł – ale to nie z moich ust padła ta odpowiedź. Obejrzałem się zdumiony na Uzumakiego. Siedział już niedbale rozparty w krześle i przyglądał się Kakashiemu tak, jakby go oceniał.
-A jak? – spytał go Kakashi, a Uzumaki poruszył się lekko.
-Z tęsknoty za laską, która go rzuciła, nie? Jak ona miała… Ina, tak? Rozłąka tak bardzo mu doskwierała, że zupełnie nie zważał na samego siebie. No i w końcu zginął. Sam się nie zabił, ale tak jakby… doprowadził do tego, że w końcu coś mu się przytrafiło. Wiec można uznać, że to ta zgryzota go zabiła. Ale ja nie lubię tej książki. Cały czas wkurzał mnie Zuzu, widział, że z jego kumplem jest coś nie tak, ale był zbyt zajęty sobą. Uważam, że to on doprowadził do jego śmierci.
-Cóż, myślę, że można bronić takiego stanowiska… - zastanowił się Kakashi, drapiąc się po głowie. – Z całą pewnością Wuo dobiła też jego samotność. Ciekawe, jak potoczyłyby się jego losy, gdyby miał większe wsparcie w Zuzu? Czytałeś jakieś opracowania do tej książki, przerabiałeś ją może?
-Z kumplem lubimy sobie czasem poczytać – odparł lekko. – Poczytać i podyskutować.
-I za to masz u mnie pięć[2], nowy – odparł Kakashi jakby nigdy nic i poczłapał do dziennika. Wszyscy w klasie obejrzeli się na Uzumakiego, który z lekkim zdziwieniem przyglądał się zdębiałym znajomym. Najwyraźniej nikt go jeszcze nie uświadomił, że zdobycie piątki u Kakashiego graniczyło z cudem.
            Dalej lekcja potoczyła się już normalnie, choć Naruto wybitnie dużo się udzielał, jakby przeczytał tę książkę z siedem razy, a nie tylko raz. Nie mogłem i nie chciałem w to wierzyć, ale wszystko wskazywało na to, że się pomyliłem. I w to też nie mogłem uwierzyć!
            Kiedy w końcu zadzwonił dzwonek, wszyscy się zerwali i zaczęli wychodzić z klasy. Spakowałem swoje rzeczy i spojrzałem na Uzumakiego. Machnął na mnie ręką.
-Idź, dogonię cię – szepnął, przechodząc obok mnie, po czym podszedł do biurka Kakashiego. Przyglądałem mu się, jak mówił coś do niego cicho. Kakashi uśmiechnął się zachęcająco, ale on pokręcił głową i gestem dał do zrozumienia, że czeka, aż reszta klasy opuści salę. Wyszedłem, ale aż mnie paliło, żeby zostać. Nie miałem jednak zamiaru wychodzić ze szkoły, tylko dotarłem na koniec korytarza i usiadłem na parapecie. Sam nie wiem czemu, ale postanowiłem zaczekać na młotka.
            Nie trwało to długo. Kakashi wyszedł z klasy po kilku minutach i odszedł do pokoju nauczycielskiego. Niedługo potem z klasy wyłonił się Uzumaki. Spojrzał na mnie, a na jego twarzy pojawił się nieodgadniony wyraz. Policzki miał lekko czerwone.
-Czekałeś? – zapytał ze zdumieniem. Głos miał dziwnie nienaturalny. Zmarszczyłem brwi, a potem uśmiechnąłem się z wyższością.
-Pomyślałem, że sam pewnie nie trafisz do domu i potem będzie cię trzeba szukać. A nikt nie ma na to przecież czasu.
-Och, jakiś ty wspaniałomyślny – odgryzł się i ruszył do wyjścia. Chciałem go zapytać, o czym rozmawiał z Kakashim, ale wolałem udawać, że to mnie nie obchodzi.



[1] Cała ich lektura jest totalnie zmyślona.
[2] Nie, Naruto nie jest żadnym kujonem. Miał fart xD Ale to się wyjaśni.

2 komentarze:

  1. Fajny rozdział, ale niepokoi mnie ta relacja Naruto z Kakashim...

    OdpowiedzUsuń
  2. coraz ciekawsze to opowiadanie ;)

    OdpowiedzUsuń