środa, 19 grudnia 2012

3. Zwierzak

Nigdy nie lubiłem targów niewolników. Hałas, wrzaski, krzyki, smród, jęki, jeszcze więcej krzyków. Więc co mnie podkusiło, by się tu pojawić? Strata jednego z moich niewolników, szczególnego niewolnika, który umilał mi noce. Nigdy w życiu nie przyznałbym się, że czuję się winny jego śmierci. Gdybym wiedział, że ma w planach samobójstwo, powstrzymałbym go. Ale nie wiedziałem. Byłem dla niego dobrym panem. W moim pałacu żyło mu się lepiej niż innym niewolnikom. Otaczałem go szczególną opieką i troską, a w zamian wymagałem tylko jednego – by odwiedzał moją komnatę nocami. Wydawało mi się, że jemu ten układ odpowiadał. Że mu się to podobało, że nawet tego chciał. A jednak pomyliłem się, gdy pewnego dnia znalazłem go w jego pokoju, powieszonego na krokwi. Mówiąc szczerze, załamałem się. Czułem do niego… sam nie wiem co, raczej nie miłość, ale był mi bliski.
            Żyłem w celibacie, niemal jak pustelnik we własnym pałacu, nieco ponad cztery miesiące. Trochę się rozpiłem, przez co byłem nieznośny dla mojej służby. I bez tego bali się mnie jak ognia, dlatego teraz, po tych czterech miesiącach, traktowali mnie już jak wcielenia zła, do którego zmuszeni są się modlić. Irytowało mnie ich zachowanie. Najchętniej kazałbym ich wszystkich ściąć, ale wtedy musiałbym przynajmniej umieć gotować. Jednak nie umiałem. Zastanawiałem się nawet przez chwilę, czy nie ściąć wszystkich prócz kucharza, ale zaraz okazało się, że w mojej posiadłości jest wielu ludzi pełniących funkcje, bez których nie umiałbym się obejść. Na przykład, nigdy wżyciu niedbałym rady posprzątać całego pałacu, skoro ponad dwudziestka niewolnic wykonuje to zadanie i zajmuje im to coś koło czterech dni.
            W końcu odpuściłem służbie. Pozbierałem się i podjąłem plan – znaleźć sobie zabawkę, na której mógłbym wyładować swoją złość, frustrację, żal i wzbierającą we mnie gorycz. Zwykłą zabawkę do łóżka.
            I tak trafiłem na targ niewolników. Teraz obecnie oglądałem, jak stojący na podium mężczyzna zachwala jedną z niewolnic, którą miał nadzieję sprzedać. Handlarz obracał związaną dziewczynę, pokazywał gapiom jej piersi i nogi, by narobić widowni smaku zanim zacznie licytację. Moja straż przyboczna śliniła się widząc tę panienkę i nawet przez chwilę zastanowiłem się, czy nie być dobrym panem i nie kupić im tej małej, ale szybko się rozmyśliłem. I tak wystarczyło, że zaczepiali sprzątaczki w moim pałacu.
            Wywróciłem oczyma i oparłem się o kamienny murek,otaczający fontannę znajdującą się na placu, na którym odbywała się licytacja. Powiodłem wzrokiem po klatkach z niewolnikami, stojących opodal, w których siedziały skulone różne postaci i w tym momencie dostrzegłem wśród tej szarej masy złoty błysk.
            Nie wiedziałem za bardzo, co to było. Coś jakby złota smuga, która zaraz została przykryta przez szary i brudny płaszcz, narzucony na ramiona jakiegoś niewolnika z workiem na głowie. Zmarszczyłem brwi i obserwowałem, jak dwóch mężczyzn prowadzi go w stronę podium. Chyba mieli być następni w kolejce do zaprezentowania swojego „towaru”. Ponownie zerknąłem na podium. Dziewczyna stała nieruchomo, patrząc w ziemię, udając, że licytacja,która właśnie się rozpoczęła, jej nie dotyczy. Czekałem na koniec i następną licytację. Nie szukałem kobiety.
            Licytacja trwała długo, ale w końcu się skończyła.Handlarz wytargował dobrą cenę i zszedł z podium, by dobić targu z nowym właścicielem niewolnicy, a tymczasem na podium weszło dwóch mężczyzn, prowadzących istotkę z workiem na głowie. Obaj nie wyglądali na typowych handlarzy, a raczej na wojowników. Wyższy z nich był wielki jak góra, a jego twarz „zdobiła” paskudna blizna. Drugi zaś, nieco niższy, miał bardzo szerokie bary i skórzany bicz przytroczony do pasa. Stojąca między nimi istotka przez wielkie rozmiary dwóch mężczyzn wydawała się jeszcze drobniejsza. Zauważyłem, że cała dygotała i w dodatku lekko się chwiała. Nie mogłem się doczekać, kiedy w końcu odsłonią jej twarz.
-Szanowni zebrani! – zagrzmiał wyższy mężczyzna, ten z blizną na twarzy. – Ja i moi towarzysze przemierzyliśmy dla was góry i doliny! Przeczesaliśmy lasy i zarośla! Zbadaliśmy rzeki i jeziora, by w końcu, po wielu latach poszukiwań przywieźć wam… to!
            Zamaszystym ruchem zerwał worek z głowy niewolnika, a cała zebrana wokół podium gawiedź sapnęła zdumiona, ze mną włącznie.
            Pomiędzy dwoma wojownikami stało coś, co z całą pewnością nie było człowiekiem. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to to, że owa istota miała złote, lisie uszy. W następnej kolejności zarejestrowałem, że oczy tego czegoś miały kolor nieba w gorące, upalne lato, a w jeszcze następnej, że na delikatnej, dziewczęcej twarzyczce miało lisie wąsy. Jednak już w następnej chwili drugi mężczyzna ściągnął z tego czegoś płaszcz, a gawiedź ponownie sapnęła zdumiona, ponieważ istota ta miała… ogon! Puszysta, złota kita wyrastająca z niego drgała nerwowo, kiedy istotka rozglądała się spanikowanymi, niebieskimi oczkami po całym otoczeniu, mrużąc je pod wpływem jasnego światła.
            Obrzuciłem to coś spojrzeniem, uważnie przyglądając się jego sylwetce. Istotka miała na ustach knebel, a ręce związane za plecami. Stała boso, ubrana jedynie w jasną przepaskę zawiązaną wokół bioder. Skóra zwierzątka była bardzo opalona, co mile kontrastowało ze złotym futerkiem na jej głowie i ogonie. Prześledziłem wzrokiem kontury całej jej postaci i z zadowoleniem stwierdziłem, że choć były delikatne, to nie były dziewczęce. Ta drobna, przerażona, dygocząca istotka, która niemal całkowicie obnażona stała przed tłumem ludzi, była chłopcem. Zacząłem się poważnie zastanawiać, czy nie kupić sobie zwierzątka?
-Prawdziwy, żywy, leśny demon! – zagrzmiał facet z blizną, a złoty lisek zadygotał i odskoczył od niego, jednak ten drugi zaraz złapał go za kark. Potworek uspokoił się, a po jego policzkach spłynęły łzy. Rozejrzał się. Przestąpił z nogi na nogę. Zajęczał i znów łzy popłynęły po jego policzkach. Chyba nie miał pojęcia, co się z nim dzieje. W moim żołądku coś się przewróciło. – Silniejszy od człowieka! Wytrzymalszy od człowieka! A jednocześnie posłuszny jak wierny szczeniak! Będzie pracował, pilnował domu niczym najlepszy pies, ale potrafi także umilić każdą noc równie dobrze, co rasowa dziwka!
            Tłum wybuchnął rubasznym śmiechem, a istotka zadygotała i skuliła się ze strachu, wytrzeszczając wielkie, załzawione oczka.Przypatrywałem się, jak brudnymi paluszkami jednej ze stópek pociera o kostkę drugiej. Przełknąłem ślinę, a moje ciało przeszył prąd. Poczułem, jak wszystkie włoski na ciele unoszą mi się, naelektryzowane. Zapragnąłem go. On musiał być mój. Mój i tylko mój.
-W ramach demonstracji możliwości potwora zapraszam na małą prezentację! – zawołał mężczyzna z blizną,po czym złapał za związane ręce demona i siłą ściągnął go z podium, choć zwierzątko stawiało zacięty opór, wyrywając się i jęcząc mimo knebla. Mężczyzna zaciągnął go pod znajdujący się na placu pręgierz, po czym go do niego przywiązał. Zwierzątko łkało, płakało, wyginało się jakby chciało zerwać więzy,ale było bezsilne.
-Piętnaście – facet z blizną poinformował swojego wspólnika, który już szykował bicz.
            Chwilę później patrzyłem, jak ta mała, drżąca ze strachu istotka otrzymuje piętnaście batów. Bicz rozcinał jej delikatną skórkę, a opalone plecy zalewała krew. Patrzyłem prosto w oczy zwierzątka i widziałem w nich ból, upokorzenie, wściekłość i jeszcze więcej bólu. Przy szóstym bacie drżące nóżki się pod nim ugięły, a on padł na kolana. Podkulił pod siebie ogonek,ząbki nacisnął na tkwiącym w jego ustach kneblu, dłonie zwinął w piąstki,zacisnął powieki. Wyglądał, jakby modlił się o koniec.
            Ogarnęła mnie wściekłość. Byłem zły na handlarza, że kaleczy to piękne ciało, które chciałem mieć. Każda rana obniżała jego wartość,czyniła go mniej atrakcyjnym. A piętnaście podłużnych rozcięć na jego plecach czyniło go prawie bezwartościowym. Do czego dążył mężczyzna z blizną?
            Kiedy baty się skończyły w pierwszej chwili pomyślałem,że demon zemdlał z bólu, ale był bardziej wytrzymały, niż mi się zdawało. Już chciałem odejść, rozczarowany i wściekły, kiedy do demona podskoczyła jakaś niewolnica z wiadrem wody i oblała go nim. Potworek wzdrygnął się i wyprężył, a tłum gapiów westchnął z zachwytem. Przyjrzałem się uważniej jego umytym plecom i zorientowałem się, że nie ma na nich już żadnej rany, tylko podłużne, różowe,wygojone blizny, które blakły z każdą chwilą.
-Goi się! – zagrzmiał facet z blizną, gdy ten drugi odwiązywał demona od pręgierza i słaniającego się na nogach prowadził z powrotem na podium. – Do końca licytacji jego blizny już zupełnie znikną, a plecy będą gładkie! Pora zacząć licytację! Cena wywoławcza to dziesięć tysięcy sztuk złota! Kto da więcej?!
-Piętnaście tysięcy! – padło gdzieś na lewo ode mnie. Patrzyłem cały czas na dygoczącego, związanego potworka, którego podtrzymywał facet z biczem. Jego niebieskie oczy były szklane, a po bladych jak ściana policzkach spływały perłowe łzy. Trząsł się jak chory na febrę, z bólu, ze strachu i z zimna. Woda spływała po jego złotych kosmykach, kapiąc na drewnianą podłogę podium. Różowe usteczka były lekko zbroczone krwią, chyba się w nie ugryzł, ale ranka już zniknęła. To wszystko sprawiało, że wydawał się jeszcze bardziej atrakcyjny, wręcz pociągający. Bezbronny i wystraszony, zdany na łaskę silniejszych od siebie. I te oczy. Ich błękit był nienormalny, piękniejszy od najpiękniejszego nieba w najbardziej słoneczny dzień. Malujący się w nich ból wywoływał u mnie dreszcze podniecenia.
-Piętnaście po raz pierwszy…!
-Dwadzieścia tysięcy! –wrzasnął ktoś z mojej prawej.
            I tak toczyła się licytacja. Brało w niej kilka osób, które powoli się wyłamywały, aż w końcu walka o potworka rozgrywała się między dwoma baronami. Stawka wynosiła już czterysta siedemdziesiąt tysięcy sztuk złota– wystarczająco dużo, by wykupić całe to miasteczko wraz ze wszystkimi jego mieszkańcami.
-Pięćset tysięcy sztuk złota! – przebił stawkę jeden z baronów. Drugi wyraźnie zmarkotniał.
-Pięćset po raz pierwszy! – zagrzmiał mężczyzna z blizną. – Pięćset po raz drugi…!
-Pięćset pięćdziesiąt tysięcy!– zawołałem, odzywając się po raz pierwszy. Oczy wszystkich skierowały się na mnie, a ja uśmiechnąłem się pod nosem. Wątpiłem, by ktoś ośmielił się podbić moją cenę.
-Pięćset pięćdziesiąt po raz pierwszy! Po raz drugi! Pięćset pięćdziesiąt tysięcy sztuk złota po raz trzeci! Sprzedane!
            Uśmiechnąłem się do siebie, słysząc liczne przekleństwa.Skinąłem na moich przybocznych, po czym wraz z nimi poszedłem za facetem z blizną, który dość brutalnie ściągnął demona z podium. Ruszyliśmy w stronę klatek.
-Mam przyjemność z…? – zapytał mnie facet, kiedy zatrzymaliśmy się przy jednym z wozów. Pchnął jęczącego demona na schodki prowadzące do małych drzwiczek wejściowych do budy nad wozem,a ten upadł na nie niezdarne. Facet zaczął ściągać z niego więzy, zastępując je przygotowanymi już wcześniej, ciężkimi kajdanami. Istotka przyglądała się temu ze strachem, ale chyba nie śmiała się sprzeciwić.
-Hrabia Uchiha Sasuke – przedstawiłem się, a handlarz zerknął na mnie szybko.
-Och, w-wybacz mi, panie. Nie poznałem – wymamrotał, a ja skinąłem głową. Całe ziemie w promieniu wielu kilometrów stąd były moją własnością. Jeśli ten facet tu mieszkał, to płacił mi podatki.
-Jak złapaliście to coś? – zapytałem, przyglądając się drżącemu ze strachu potworkowi. Jego załzawione oczka spoczęły na chwilę na mnie, jednak zaraz się odwróciły.
-To, niestety, mój panie, tajemnica zawodowa. Demony leśne są tak rzadkie, że można powiedzieć, iż cudem było złapanie tego tu. To jeszcze dziecko – wyjaśnił mi. – Ale to nie znaczy, że nie jest niebezpieczny, mój panie. Trzeba mu raz na pół roku obcinać pazury i piłować zęby, bo jeśli urosną, gotów zagryźć na śmierć. Ale wystarczy zrobić tak – złapał demona za jedno ucho i wykręcił mu je, a zakutej w kajdany istotce oczy wyszły na wierzch z bólu. Zajęczał żałośnie mimo knebla w ustach – a zaraz się uspokoi. Można też pociągnąć za ogon, ale lepiej za uszy.
            Puścił potworka, a ten spanikowany, odsunął się od niego jak najdalej. Mężczyzna nie przejął się tym jednak. Podniósł z ziemi ostatnią rzecz i już po chwili skuty potworek miał na szyi obrożę ze zwisającym z niej, długim łańcuchem, którego koniec został mi wręczony razem z kluczami do kajdan.
            Skinąłem na jednego z przybocznych, a on odwrócił się, by udać się po pieniądze do mojej karety. Gdy wrócił ze skrzynią złota, zapłaciłem za swoje nowe zwierzątko, nie przejmując się kwotą.
            Dostałem jeszcze płaszcz którym mogłem okryć mojego stworka i zostałem pożegnany. Spojrzałem na siedzącą na schodach istotkę, która wpatrywała się we mnie wielkimi oczami, dłońmi skubiąc obrożę na swojej szyi.Kiedy zobaczyła, że i ja na nią patrzę, załkała błagalnie. Zbliżyłem się do niego zarzuciłem mu płaszcz na ramiona, po czym naciągnąłem mu na głowę kaptur. Szarpał się, ale nie zwróciłem na to uwagi. Potem spojrzałem na jednego z przybocznych.
-Do mojej karety – zarządziłem.
-P-panie, jesteś pewien? – zapytał ten, do którego się zwróciłem. Nie pamiętałem ich imion. Nigdy nie zawracałem sobie głowy takimi głupotami.
-Sam nie wiem, po prostu nagle zapragnąłem mieć zwierzątko. Jestem wyjątkowy, tak więc należy mi się wyjątkowy zwierz, nieprawdaż? Do karety!
-T-tak, panie – skłonili się i zabrali szarpiącego się potworka w stronę mojego środka lokomocji. Ja natomiast skierowałem się do innej części tego placu. Nie powiem, jedna ze straganiarek zdziwiła się, gdy ujrzała samego, wielkiego mnie, kupującego kilka najzwyklejszych jabłek.

1 komentarz:

  1. Uuu zaczyna się ^^ ale i tak szkoda mi Narutka :c

    OdpowiedzUsuń