środa, 19 grudnia 2012

Kapłan Kyuubiego cz. 1




Generał armii miasta Oto, Uchiha Sasuke, siedział na grzbiecie swojego wierzchowca, patrząc ze szczytu lekkiego wzniesienia na białe niczym pokryta śniegiem góra, przepiękne miasto Konoha, będące stolicą bardzo subtelnej, niemal jedynej w swoim rodzaju religii. Po jego prawej stronie znajdował się jego zastępca, Hozuki Suigetsu, w tej chwili również wpatrzony w panoramę niezwykle pięknego – i bogatego – miasta.
- Wysokie te mury – mruknął Hozuki, pociągając łyk wody z bukłaka. Otarł usta. – Ciężko będzie zdobyć to miasto.
- Nie mają fosy – zauważył Sasuke, wiodąc wzrokiem po białych murach Konohy. Miasto było ogromne, zbudowane z białego kamienia na zboczu niewielkiej góry. Otaczał je wysoki mur koloru śniegu, z czterema strażnicami. Do jego wnętrza prowadziła tylko jedna, masywna brama, w dodatku wewnątrz miasta również znajdowały się wysokie mury z wieloma strażnicami, a ich położenie – ponad zewnętrznym murem – pozwalało na dogodny ostrzał wojsk atakujących. Miasto przypominało wyglądem ogromny tort, składający się z pięciu segmentów – ostatnim była wspaniała, złoto-biała świątynia, górująca nad miastem i zachwycająca architekturą.
Uchiha Sasuke nawet nie śmiał myśleć, jakie skarby zgromadzili kapłani, kryjący się we wnętrzu Miasta Cudów, jak czasem nazywano Konohę. Położenie miasta i jego układ sprawiał wrażenie, jakby faktycznie, Konoha była nie do zdobycia, dlatego przez wieki nikt nie porwał się na próbę przedarcia się za białe mury. Przez ten czas kapłani Kyuubiego, jednego z bóstw czczonych na tym terenie, musieli wzbogacić miasto o niewyobrażalne sumy. Właśnie dlatego Sasuke postanowił poprowadzić swoje wojska na Konohę i zdobyć ją jeszcze przed Świętem Ostatnich Zbiorów, przypadającym w przyszłym tygodniu. Chciał świętować w bogatej świątyni Kyuubiego, nigdzie indziej.
-Hmm… - Hozuki podrapał się po nieogolonym podbródku. – Trzeba będzie użyć maszyn wojennych… i jakiegoś podstępu – mruknął. – Przecież to miasto musi mieć słaby punkt.
-I z całą pewnością go ma, a my musimy go odkryć – powiedział Sasuke. – Zdobędę Konohę za wszelką cenę. Mamy przewagę liczebną, mamy największą, najlepiej wyszkoloną, zahartowaną w boju armię, nasyconą krwią i łupami. Zdobyliśmy Sunę, zdobyliśmy Kiri, przyszedł czas na Konohę.
Hozuki uśmiechnął się.
- Nasi żołnierze są podekscytowani – powiedział, uśmiechając się półgębkiem. Sasuke zerknął na niego. – Po obozie krążą plotki, iż jeszcze większym skarbem od złota, zalegającego w Mieście Cudów, są jego kapłanki.
Sasuke parsknął śmiechem. Tak, on również słyszał o niezwykłej urodzie mieszkańców Miasta Cudów. Jemu osobiście legendy o nich kojarzyły się z baśniami o elfach, rusałkach i tym podobnych stworach. Przybyli z odległych krain i teraz na własne oczy mieli się przekonać, czy bajki, którymi karmiono ich za młodu, były współmierne z rzeczywistością i czy faktycznie mieszkańcy Konohy, zarówno kobiety, jak i mężczyźni, obdarzeni byli niezwykłą urodą.
- To się okaże, Hozuki – mruknął Sasuke, uśmiechając się pod nosem. Zawrócił swojego wierzchowca. – Jeszcze dziś musimy coś wymyślić, by jak najszybciej rozpocząć oblężenie. Święto Ostatnich Zbiorów chcę spędzić w najwyższej wieży Świątyni Kyuubiego.
- Tak, panie –szepnął Hozuki, skłoniwszy się z uśmiechem.

Najwyższy Kapłan Świątyni Ognia i Powiernik Woli Kyuubiego, Uzumaki Naruto, siedział w jednym z okien najwyższej wieży i w zamyśleniu spoglądał na dwie postaci, odjeżdżające w kierunku czarniejącej na horyzoncie, wrogiej armii. Z tej odległości dwóch jeźdźców niczym nie różniło się od dwóch czarnych kropek, namalowanych atramentem na zabarwionym na zielono pergaminie. Potarł się po karku, a potem wstał.
- Co robić? – szepnął do siebie.
Prawda była taka, że Miasto Cudów nie posiadało wojowników zdolnych do walki z tak licznym i tak potężnym przeciwnikiem. Dotąd niezdobyte mury miasta były jedyną i zarazem ostatnią nadzieją Konohy – jeśli armia Oto wedrze się poza nie, dla miasta będzie to oznaczało koniec.
Oczywiście, Najwyższy Kapłan wiedział, że wojownicy miasta staną do walki. Wiedział też, niestety, że będzie to walka z góry skazana na klęskę. W jego wizjach, przez kilka ostatnich nocy, pojawiała się tylko krew. Strumienie krwi, jak rzeka, płynące białymi ulicami Konohy. Nie mógł wyrzucić tego z głowy.
Zawrócił i wyszedł z Sali Medytacji. Szerokie, jasne korytarze Świątyni wypełniał zapach kadzidła. Szedł boso, stąpając lekko po chłodnej, wypolerowanej, marmurowej podłodze. Jego nieskazitelnie biała szata, sunąc po gładkiej powierzchni, wydawała z siebie cichy, uspokajający szmer. Najwyższy Kapłan dotarł do swojej prywatnej Sali Modlitw i bezszelestnie wsunął się do środka. Wewnątrz nie było nic, prócz posążka dziewięcoogoniastego lisa, wykonanego z rubinu, stojącego na prostym, drewnianym ołtarzu. Kapłan ukląkł przed nim i złożył dłonie do modlitwy.
- Ześlij mi widzenie – szepnął – bo inaczej nie wiem, co czynić.
Modlił się przez półtorej godziny, cały czas prosząc o to samo. Prosząc, by ulicami Konohy nie popłynęła krew jej mieszkańców. Wiedział o swoich widzeniach tyle, że los był zmienny i można go było odwrócić. Los zależał od każdego człowieka, nie był spisany.
Po modlitwie po prostu wyszedł z Sali Modlitw i skierował się do swoich komnat. I właśnie wtedy ból ugodził go w sam środek pleców, tak, że zwalił się na zimną posadzkę, zwijając się i jęcząc. Pod jego powiekami wystrzeliły obrazy – wielki taran, wyważający bramę miasta, krzyki i płacz dzieci… ogień, buchający z wielu domów… obdzierane z białych szat kapłanki… ginący pod wrogimi mieczami żołnierze… rubinowy pomnik Kuuubiego, rozbity na posadzce… a potem twarz. Zła twarz czarnookiego mężczyzny, uśmiechającego się kpiąco i jego okrutne, jego bezlitosne, czarne oczy…
Ocknął się w cieple, zlany potem, dygocący i przerażony. Przez chwilę nie wiedział zupełnie, gdzie jest ani co się z nim dzieje. Dopiero po chwili zorientował się, że przebywa w swojej własnej komnacie. Ktoś najwidoczniej znalazł go nieprzytomnego na korytarzu i przyniósł tutaj. Leżał pośrodku swojego okrągłego łoża, w stosie białych poduch, nakryty jedwabiem. Przed światem zewnętrznym ukrywały go woale cienkiej, delikatnej jak sam oddech, białej tkaniny, zwieszające się z okrągłego, zdobionego złotem baldachimu nad nim. Westchnął, przecierając spoconą twarz. Kolejne widzenie było równie straszne, co te poprzednie – różniło się tylko ostatnim fragmentem. Wcześniej w jego wizjach nie pokazywały się żadne twarze, jednak teraz… Zadrżał, wspominając okrutne, żądne krwi czarne oczy. Nie wiedział, kim był ten człowiek, jednak domyślał się jego tożsamości. Kogo innego mógł zobaczyć, jak nie przywódcę armii, która lada dzień miała uderzyć na Konohę?
Westchnął i wysunął się spod jedwabnych pościeli. Rozejrzał się po pełnej mebli, ciemnej komnacie. Słońce zaszło już za horyzontem, przez wysokie, oszklone okna do jego sypialni sączyło się blade światło księżyca. Nagi, ubrany jedynie w złote bransolety, które wysadzanym diamentami łańcuszkami połączone były z pierścieniami, noszonymi przez niego na każdym palcu oraz złote łańcuszki zdobiące jego biodra, a także kostki, niczym cień na tle innych cieni zbliżył się do jednego z okien i jeszcze raz spojrzał na czyhający u stóp miasta, wrogi obóz, teraz rozświetlony setkami ognisk i pochodni. Gdzieś tam, wśród tych barbarzyńskich, pomarańczowych płomieni był mężczyzna, który miał przynieść zagładę jego miastu.

Uchiha Sasuke siedział na wyściełanym skórami lisów i norek wielkim fotelu, w dłoni ściskając złoty puchar pełen wina – były to jego ulubione łupy wojenne, zagarnięte ze skarbca w zamku w mieście Kiri. Po splądrowaniu miasta najcenniejsze rzeczy trafiły do niego, między innymi właśnie to cacko. Puchar od razu mu się spodobał i postanowił zabrać go ze sobą, tak samo jak i dębowe beczki pełne cudownego, starego wina. On i jego najbliżsi współpracownicy raczyli się nim co wieczór.
Westchnął, lekko znudzony, po czym przeniósł spojrzenie na Suigetsu i Juugo, jego wiernych doradców. Od kilku już godzin ślęczyli nad planami wielkiego tarana. Ich twórca, Nara Shikararu, był nieobecny, jednak tylko duchem, ponieważ jego nieprzytomne ciało wciąż znajdowało się w namiocie, a cicho pochrapująca głowa, złożona na stole, przygniatała część potrzebnych papierów. Nara bezczelnie zasnął w trakcie narady i Sasuke wiedział, że wcale nie z powodu wina.
- To doskonały pomysł – powiedział Suigetsu, z zadowoleniem oglądając plan. Hozuki owinięty był płaszczem z lisiej skóry, pił wino z drewnianego kielicha, bawił się sztyletem, który zamiast głowni miał czaszkę jakiegoś małego zwierzątka. Jego wielki miecz stał wbity w ziemię tuż za nim – Ta brama to jedyny słaby punkt miasta. Jeśli padnie, a my wedrzemy się do miasta…
- O ile padnie – Yuugo był bardziej sceptyczny, gdy odstawiwszy na drewniany stół z topornie ociosanych belek swój kielich, wziął do rąk plany. – Budowa tej machiny zajmie co najmniej trzy dni i trzy noce. I trzeba ją przeprowadzić w tajemnicy. Potrzeba nam drewna, stali i kamieni. Jeśli z wieżyc nad bramą spuszczą na nas wrzący olej…
Sasuke westchnął, gdy Suigetsu zaczął odpowiadać jakimiś kontrargumentami. Przestał słuchać tych dwóch tylko wstał i narzucając na siebie ciężki płaszcz z wilczego futra wyszedł z namiotu, wciąż trzymając w dłoni puchar z czerwonym winem.
W obozie było chłodno. Strażnicy, pilnujący jego namiotu skłonili się przed nim, gdy tylko znalazł się na zewnątrz. Nie zwrócił na nich uwagi, tylko ruszył przed siebie. W obozie panowała ożywiona atmosfera. Ludzie, zgromadzeni wokół ognisk jedli i pili, przekrzykując się nawzajem i co rusz wybuchając gromkim śmiechem. Na pieńkach, które służyły im zarówno za siedzenia, jak i stoły, grano w karty, kości i siłowano się na ręce. W powietrzu unosił się zapach pieczonego mięsa, potu i spalenizny. Armia była syta, ale wciąż spragniona. Jego żołnierze już opływali w łupy, czy to w złoto, zwierzęta czy niewolnice, które również przybyły pod Konohę wraz z armią. Kobiety gotowały, prały, a nocami zadowalały jego ludzi. Uśmiechnął się do siebie. Już niedługo jego głodne stado ponownie się posili, świeżą krwią.
Dotarł na skraj obozu i jeszcze raz spojrzał na odległe, blade miasto. Światła migocące w Konosze wydawał się być białe, a nie pomarańczowe. Całość, za dnia czy nocą, przypominała ducha, który przycupnął przy zboczu góry i zapadł w wieczny sen. Uchiha nie mógł zaprzeczyć, iż miasto to w istocie było piękne – godne swej sławy i zapewne godne skrywanych w jego wnętrzu bogactw. Westchnął jeszcze raz, dopił wino, po czym zawrócił do namiotu, by wziąć udział w naradzie.
- Zdobędę cię, Konoho – przyrzekł miastu, jakby mogło go usłyszeć.

Kapłan Uzumaki Naruto stał w blasku porannego słońca, spowity w zwiewne, białe szaty i przyglądał się, jak ponad setka żołnierzy umacnia bramę. Wczorajszej nocy nie poszedł spać, tylko ubrawszy się w szaty, pobiegł zgłosić swoją wizję dowódcy wojsk Konohy, a on natychmiast zwołał architektów, którzy w tempie ekspresowym sporządzili mu plany umocnienia bramy. Od rana żołnierze uwijali się, dźwigając kamienie i ciężkie bale drewna i montując je w jakąś skomplikowaną konstrukcję umacniającą. Nie mieli pojęcia, kiedy nastąpi atak, więc musieli być gotowi w każdej chwili.
Oblężone miasto emanowało strachem. Niewielu ludzi krążyło po ulicach, tylko ci, którzy musieli opuścić domy. Czuł wśród mieszkańców Miasta Cudów zapach strachu, czuł ten strach w powietrzu, czuł go w sobie. Obrócił się i spojrzał na świątynię.
-Co się stało? – szepnął Neji, jego przyjaciel i Drugi Kapłan Świątyni.
- Boję się – odparł Naruto, spoglądając na Hyuugę.
Był to wysoki mężczyzna o ciemnych, długich, spiętych w tyłu włosach. Spowijały go białe szaty ze złotymi oblamówkami, w dłoni trzymał modlitewnik. Jego skronie polatał cienki, złoty łańcuszek, łączący się ze złotą spinką, którą ściągnięte były jego włosy. Złoto zdobiło również jego nadgarstki i kostki – miał na sobie Kajdany Kapłana, podobnie jak Naruto.
- Nie martw się, jestem pewien, że po wzmocnieniu bramy…
- A ja nie jestem taki pewien – odparł Naruto, przymykając powieki. Przed oczami zamajaczyła mu twarz czarnookiego. – Boję się. Cały czas się boję.
- Nie martw się, Najwyższy Kapłanie Ognia, Świątynio Mądrości, Powierniku Woli Kyuubiego – szepnął Neji, kładąc mu dłoń na włosach. – Oby Kyuubi zesłał twej głowie spokój, a twym czynom i słowom mądrość i pewność siebie, oby…
Zaczął recytować słowa modlitwy, a Naruto przymknął oczy, czując, jak ciepłe promienie słońca pieszczą mu twarz. W marmurowych wnętrzach Świątyni panował przeważnie nabożny chłód, a jedynym unoszącym się w powietrzu zapachem był zapach kadzidła. Tu czuł zapach jedzenia, drewna, lekki smród ścieków z ulicy, słyszał krzyki pracujących żołnierzy i zwykłe dźwięki, wydawane przez miasto.
Gdy Neji skończył modlitwę, Naruto uchylił powieki i zerknął na młodszego Kapłana. Ten uśmiechnął się do niego.
- Czy czujesz się już lepiej, Świątynio Mądrości? – spytał. Naruto uśmiechnął się do niego.
- Tak, o wiele…
Ból przerwał mu w pół słowa. Naruto zgiął się, a z jego ust wydobył się przerażony krzyk. Każdy mięsień jego napiętego ciała eksplodował bólem i ponownie wszystko to, co widział ubiegłej nocy pojawiło się pod jego powiekami. Krew na białym marmurze miasta, ogień trawiący budynki, pękająca brama… czarnooki chłopiec stojący przed murem z herbem wachlarza… czarnooki mężczyzna z mieczem zbrukanym krwią, patrzący na owego chłopca… krew płynąca ulicą z herbem wachlarza… krew płynąca białą ulicą… ulicą z herbem wachlarza… białą ulicą… z herbem wachlarza…
Zerwał się. Ponowie, tak jak ubiegłego dnia, obudził się w zupełnie innym miejscu niż zemdlał. Tym razem jednak nie była to jego komnata, a kaplica, które były rozmieszczone po całym mieście. Nad nim pochylała się jedna z jego kapłanek.
- Ach, obudziłeś się – mruknęła różowowłosa Sakura, cofając się o krok. – Bądź pozdrowiony, Najwyższy Kapłanie Ognia, Świątynio Mądrości, Powierniku Woli Kyuubiego, niech twe Oko zawsze spogląda tylko ku światłu oświecenia. – Skłoniła się przed nim, gdy usiadł.
Czuł się lekko zdezorientowany, przez chwilę nie wiedział nawet, kim jest. Wciąż mu się wydawało, że jest tamtym chłopcem i widzi tego mężczyznę z ociekającym krwią mieczem. W końcu ocknął się.
- Witaj, Córo Mądrości, Trzecia Kapłanko Świątyni Ognia – powitał ją oficjalnie, po czym rozejrzał się. Leżał na jednej z szerokich ław, na których zwykle siadano do modlitwy. Przednim piętrzył się cudowny, bogato zdobiony ołtarz z rubinowym posągiem Kyuubiego w jego centralnej części. Przed ołtarzem klęczał modlący się Neji. – Neji się modli?
- O spokój twojego ducha, Naruto – szepnęła Sakura, przysiadając obok niego. – Miałeś straszne widzenie? Cały czas się rzucałeś.
Spojrzał na nią i spostrzegł podłużne zadrapanie, znaczące jej policzek. Zerknął na swoją dłoń i dostrzegł ślad krwi na jednym palcu. Potem znów zerknął na Sakurę.
- Przepraszam – szepnął.
- Naszym obowiązkiem jest uśmierzać twój ból. Czy twoje widzenie dotyczyło miasta?
- Nie jestem pewien – odparł, podciągając nogi. Objął je rękami, kładąc brodę na kolanach. – Było bardzo niejasne.
Poczuł dłoń na ramieniu, więc zerknął na Nejiego, który zbliżył się do nich i w ten sposób próbował dodać mu otuchy.
- Nie martw się, przyjacielu – rzekł Hyuuga. – Jesteśmy z tobą.
- Wiem – odparł Najwyższy Kapłan, wstając. – Zbierzcie się wszyscy. Pomodlimy się.

Dowódca armii Oto stał obok Nary Shikamaru z pochodnią w ręku. Jego główny taktyk oraz z lekka opętany konstruktor trzymał w dłoni plany konstrukcyjne ich kolejnej, bojowej machiny, tym razem mającej służyć do wyważenia bramy głównej. Szkielet konstrukcji już powstał, teraz wypełniano go kamieniami i montowano ciężkie, ogromne koła u jego podstawy. Gdyby nie miał kół, żadna armia nie zdołałaby go radzić.
- Podobno przy bramie panuje jakiś ruch – mruknął cicho, nie patrząc na czarnowłosego taktyka. Zwiadowcy, wysłani przez Sasuke w góry, którzy mieli obserwować miasto z kryjówek dających im możliwość zajrzenia poza mur donieśli mu, iż widzieli wzmożony ruch wokół bramy. Sasuke niezbyt to się podobało.
- Spokojnie – mruknął Nara, rozkładając papiery na ziemi. Wyjął zza pazuchy węgiel i zaczął kreślić jakieś znaczki na wysłużonym, zmaltretowanym pergaminie. – Wszystko pójdzie zgodnie z planem, grunt i nachylenie terenu nam sprzyja. Módlmy się, by nie spadł deszcz.
- Deszcz? – zdziwił się Sasuke.
- Jeśli zacznie padać, taran utknie w błocie. Jeśli nie, spuścimy go na bramę ze szczytu wzgórza. Nachylenie jest odpowiednie, taran rozpędzi się i nawet na płaskim odcinku przed miastem powinien utrzymać prędkość. Jego masa…
Zaczął coś jeszcze tłumaczyć, ale Sasuke niewiele obchodziły jakieś wyczytane z ksiąg mrzonki. Co prawda umiał czytać, pisać i liczyć, wykształcenia mu nie brakowało. Ale od hartowania umysłu niepotrzebną ilością zapisanych przez mnichów stronic starych ksiąg zdecydowanie bardziej wolał zgrzyt miecza o miecz i wojenne okrzyki. Lata nauki w rodzinnym domu, wśród starych mędrców, miał już za sobą. Ponadto zawsze wolał lekcje szermierki i sztuki wojennej od lekcji literatury.
- Nawet jeśli umocnią bramę? – zapytał.
- Dlaczego mieliby umacniać bramę? – odpowiedział pytaniem konstruktor machiny.
- A dlatego, że w jednej z durnych ksiąg, które tak namiętnie pochłaniasz napisano, iż kapłani Kyuubiego widzą przyszłość – wyjaśnił spokojnie Sasuke.
- Bzdura! – zawołał Nara, prychając z wyższością. – Nie myślałem, panie, że wierzysz w coś takiego!
Sasuke zamyślił się. Ani w to wierzył, ani nie wierzył, jednak zawsze i wszędzie brał pod uwagę wszelkie możliwości. Z doświadczenia wiedział, iż na wojnie wszystko może się zdarzyć.
- Ale gdyby umocnili bramę? – drążył.
- Wtedy trzeba by było przerobić machinę – odparł ostrożnie Shikamaru, patrząc jak jego ludzie biegają w tę i z powrotem, dźwigając kamienie i bale drewna.
- Więc ją przeróbcie – rzekł Uchiha, odwracając się, by odejść. Nara zerwał się na równe nogi.
- Ale, panie, przecież…!
- Shikamaru – przerwał mu Uchiha, spokojnym, acz groźnym głosem. – Czy przerobienie tarana zaszkodzi?
- N-nie – odrzekł Nara z lekkim wahaniem. Uchiha uśmiechnął się do siebie.
- Skoro nie szkodzi, to to zrób – nakazał i ruszył szybkim krokiem w stronę stojącego niedaleko Hozukiego. Za plecami usłyszał pomruk niezadowolenia swojego podwładnego, ale nie przejął się nim. Nara zawsze narzekał.
Dotarł do Hozukiego i podał mu pochodnię, po czym naciągnął bardziej na siebie płaszcz z wilczego futra. Kraina ta była dużo chłodniejsza niż jego rodzinny kraj, mimo wszystko jednak nie narzekał. Podobały mu się namioty wyściełane futrami i ciężkie, grube ubrania, w których tu chodził.
- Co się tak puszysz? – spytał go Hozuki, a generał zaśmiał się.
- Uważaj na słowa, Hozuki, zawsze można cię zastąpić – powiedział, gdy skierowali się w stronę stacjonującego poza lasem obozu. Budowę tarana ukryli za drzewami, tak, by nie dostrzeżono ich podstępu z wartownic na murach Konohy. Musieli się sprężać, by jak najszybciej zdobić Konohę i nie dać obrońcom Miasta Cudów czasu na wymyślenie skutecznej obrony przeciw nim. – Niebawem zaczną kończyć nam się zapasy, wyżywienie tak ogromnej armii jest niezwykle trudne. Musimy czym prędzej zdobyć Konohę, wewnątrz niej są całe spichlerze pełnie zboża, które nakarmi moich ludzi.

Najwyższy Kapłan Ognia wysunął się z basenu pełnego wody, lekko drżąc, gdy dość chłodne powietrze zetknęło się z jego skórą. Ruszył w stronę osłoniętego zwiewną tkaniną, półokrągło sklepionego otworu, który prowadził do jego komnaty. Tak skierował się w stronę toaletki.
Stanął przed nią nagi i nadal lekko drżąc, wziął do ręki stojący tam flakonik, napełniony wonnościami. Wylał odrobinę oliwki na swoją dłoń, po czym zaczął wcierać ją w ciało. Następnie, gdy już całe jego ciało pachniał tak, jak zawartość flakonika, zakorkował go, odstawił i otworzył stojącą na toaletce szkatułę.
Każdy kapłan Świątyni Ognia nosił na swych nadgarstkach i na swych kostkach Złote Kajdany Kapłana. Zapinano je im w dniu święceń i od tamtej pory nie można ich było zdjąć – nie dlatego, że się nie powinno, lecz dlatego, że kajdany te zakuwało się bezpośrednio na ciele człowieka. Symbolizowały one wieczne oddanie dla woli Kyuubiego. Zakute na nogach – by kapłan nigdy nie odszedł od świątyni, i na rękach – by nigdy nie czynił nic wbrew woli swego boga. Kapłan Ognia był niewolnikiem Ognistego Lisa, niczym więcej.
Ponadto strój kapłana – pomijając białe kapłańskie szaty – składał się jeszcze z kilku elementów, ale tylko on mógł nosić je wszystkie jednocześnie, aczkolwiek nie musiał. Wyjął ze szkatuły delikatny, złoty, zdobiony diamentami łańcuszek, połączony nieco drobniejszym łańcuszkiem ze złotym kolczykiem. Zawiesił go na szyi, a potem wpiął kolczyk w ucho. Kolczyk na uchu symbolizował kapłańską możliwość słuchania słów bożych. Naruto, jako Najwyższy Kapłan, doświadczał tego co dnia w swych wizjach. Zaś naszyjnik, który oplatał jego szyję, symbolizował jego oddanie jako sługi dla pana.
Następnie włożył na siebie zapinane na przedramionach, szerokie bransolety z symbolem ognia – kapłan był sługą bożym, a więc jego silne ramiona miały służyć tylko bogu i być wsparciem dla wiernych.
Ostatnim elementem i ostatnim symbolem jego zniewolenia dla boga było kilka złotych łańcuszków, które oplótł wokół bioder – symbol czystości kapłańskiej – zaś ostatni z nich przypiął do złotego kolczyka, który miał w lewym sutku – tam, gdzie serce. Kapłan był wolny od zwierzęcego pożądania, a jego serce biło tylko dla jego boga i dla nikogo innego.
Skończywszy przypinanie wszystkich Świętych Kajdan, spojrzał w lustro. Jego postać, skąpana w jasnym świetle kilku pochodni znajdujących się na ścianach oraz ognia z kominka, przypominała zjawę. Był wysoki i szczupły, ubrany tylko w kilka złotych łańcuszków i bransolet. Przyjrzał się swojej pogrążonej w zamyśleniu twarzy, na chwilę zaglądając sobie samemu w oczy, potem jednak zdjął z krzesła wiszącą na nim szatę i wciągnął ją przez głowę. Odwrócił się od lustra i wyszedł z komnaty.
Korytarze Świątyni Ognia były skomplikowane i przypominały labirynt. Naruto wychował się w niej, dlatego znał jej każdy zakamarek. Kochał Świątynię, ponieważ był to jego jedyny dom, nie znał innego. Urodził się ze znamieniem Kyuubiego na brzuchu i już jako małe dziecko został oddany do świątyni w jego rodzinnej wiosce. Wiedział, kim są jego rodzice, jednak nigdy ich nie poznał. Kiedy odkryto w nim zdolność widzenia przyszłości, zabrano go z wioski i przywieziono do Konohy, gdzie został Najwyższym Kapłanem, Powiernikiem Woli Kyuubiego.
Szedł boso, ponieważ wewnątrz Świątyni nie wolno było zakładać butów. Dotarł do krętych schodów i skierował się na dół, do Wielkiej Kapicy, w której on i inni kapłani modlili się wspólnie. Jako Najwyższy Kapłan to on prowadził te modlitwy.
Gdy w końcu dotarł na miejsce, wszyscy już na niego czekali, siedząc w rzędach ławek po obu stronach szerokiego przejścia. Wnętrze kaplicy było jasne, wysoko sklepione i ubogie. Jedyną cenną tu rzeczą był ogromny posąg Kyuubiego, wykonany z setek mniejszych i większych, połączonych ze sobą rubinów, znajdujący się za ołtarzem. To właśnie ten posąg, rozbity, widział w swojej wizji.
Ruszył między rzędami ławek, skinieniem głowy pozdrawiając mijanych przez niego kapłanów i kapłanki, poubieranych w białe szaty ze złotymi oblamówkami przy wykończeniach. Ilość oblamówek zależała od stopnia, tylko Najwyższy Kapłan miał szatę nieskazitelnie białą – był idealnie czysty, wolny od ziemskich grzechów i pragnień. Służył Bogu i nikomu innemu, dla boga żył i dla boga miał umrzeć.
Dotarł do ołtarza, stanął za nim, powiódł wzrokiem po zebranych, a potem rozpoczął modlitwę. Wszyscy obecni przyłączyli się do niego.

Taran był gotowy i wszyscy żołnierze Sasuke szykowali się do rozpoczęcia oblężenia. Uchiha stał przed swoim namiotem, obserwując nerwową bieganinę swoich ludzi. Zewsząd do jego uszu docierał zgrzyt stali, krzyki, nerwowe rżenie koni. W powietrzu unosiło się, znamienne dla początku bitwy, nerwowe napięcie. Wiedział, że z wartownic na murach Konohy już dostrzeżono poruszenie w jego obozie, ale nie obchodziło go to. Miał doskonałą armię, miał przewagę i miał plan.
Część żołnierzy właśnie wytaczała taran z lasu. Przez trzy ostatnie noce jego ludzie, w ukryciu, przygotowywali drogę, aby spuszczony ze wzgórza taran nie natrafił na żaden kamień czy drzewo i nie zboczył z prostej ścieżki. Ta sama ścieżka miała powieść jego wojowników do zwycięstwa.
Odruchowo położył dłoń na rękojeści miecza, zerkając w stronę miasta. Stąd nie widział białych murów Konohy, by je ujrzeć musiałby iść na drugi koniec obozu, jednak póki co, nie powinien się stąd ruszać. Czekał na meldunki od kapitanów poszczególnych oddziałów, oraz na informację o ustawieniu tarana w miejscu jego startu.
Kolejni dowódcy meldowali mu gotowość swoich ludzi co kilkanaście minut, aż w końcu, po kilku godzinach, kiedy siedział w namiocie i ze swoimi najbliższymi współtowarzyszami i po raz kolejny omawiał plan bitwy, do namiotu wpadł zdyszany chłopak i natychmiast klęknął przed Sasuke.
- Najjaśniejszy panie! – zawołał, patrząc na Sasuke płonącymi oczami. – Ustawiliśmy taran! Wszystko jest gotowe!
Sasuke uśmiechnął się i powstał ze swojego wyściełanego futrem tronu. Ujął miecz.
- A więc, panowie, nastał czas bitwy! – oświadczył, a jego podwładni zerwali się z miejsc.
Wspólnie opuścili namiot. Na zewnątrz czekały już na nich konie. Sasuke odebrał wodze swojego rumaka od jednego ze stajennych i dosiadł go. Obóz był już pusty, z wyjątkiem kobiet, chłopców na posyłki i niewielu chorych, oraz kilku strażników. Wszyscy żołnierze stali na błoniach przed Konohą, czekając na rozkaz do ataku. Sasuke popędził konia i już po kilku minutach on, Suigetsu, Juugo i paru innych, znaleźli się na czele prowadzonego przez Sasuke oddziału, obok Shikamaru.
- Czy wszystko jest gotowe? – zagrzmiał Sasuke, gdy dotarł na miejsce.
- Tak, panie. Czekamy jedynie na twoje rozkazy! – odparł Shikamaru. Sasuke wyjął miecz i wzniósł gonad głowę.
- Spuścić taran !– krzyknął. Jego głos potoczył się po ludziach, a kolejni heroldzi zaczęli przekazywać go dalej, aż jego rozkaz dotarł do ludzi obsługujących machinę. Zabrzmiały rogi, sygnalizujące rozpoczęcie ataku i wszystkie głowy zwróciły się w stronę machiny.
Sasuke stał w takim miejscu, że on i jego świta widzieli wszystko, jednak większość żołnierzy nic nie widziała. Ludzie przy taranie odbezpieczyli zapięcia więżące koła i machina najpierw wolno, lecz z każdą chwilą nabierając prędkość, zaczęła toczyć się ze wzgórza w stronę bramy Konohy. Za nią, z krzykiem i dźwiękiem toporów uderzanych o tarcze, biegł pierwszy oddział, który miał za zadanie uporać się z bramą, gdyby taran wszystkiego nie załatwił. Po obu stronach tego oddziały kilkudziesięciu ludzi toczyło w stronę białych murów ciężkie machiny oblężnicze. Reszta miała uderzyć niebawem, w tym również i oddział generała.
Patrzyli, jak taran toczy się z coraz większą prędkością. Sasuke modlił się w duchu, by jego zakończenie, w kształcie szpikulca, uderzyło w bramę z dostateczną mocą i wyrąbało mi przynajmniej małą dziurę. Wtedy już zdołają się przebić i miasto będzie należało tylko do nich.
Sekundy mijały dwa razy wolniej, aż taran dotarł do bramy. Na chwilę przed uderzeniem generał i połowa jego armii wstrzymali oddech, a potem, wydawałoby się po o wiele, wiele dłuższym czasie niż ułamek sekundy, powietrzem wokół wstrząsnął trzask, potem jęk łamanego drewna i brama pękła, rozsypując dookoła wielkie drzazgi. Sasuke wzniósł miecz po raz drugi.
- DO ATAKU! – wrzasnął na całe gardło, a wokół niego zabrzmiały wojenne rogi, nakazujące żołnierzom ruszyć na miasto.

- Brama padła! Brama padła!
- Dostali się za zewnętrzny mur!
- Wycofać się! Wycofać się!
Takie i inne krzyki rozbrzmiewały w całym mieście, docierając również do uszu Najwyższego Kapłana, stojącego z Nejim i Sakurą na trzecim wewnętrznym murze. Mieli stąd doskonały widok na całe miasto, dzięki temu Naruto doskonale widział, jak przez wyłamane skrzydło bramy przedzierają się żołnierze wrogiej armii. Umocnienia w niczym nie pomogły, gorący olej powstrzymał tylko pierwszą salwę żołnierzy, armia agresora była ogromna, a obrońców miasta zbyt mało. Kilka z pierwszych budynków tuż za murem zewnętrznym stało w ogniu, gęsty, czarny dym wzbijał się w powietrze kłębami, częściowo przesłaniając widok nie tylko im, ale i łucznikom, rozmieszczonym na murach. Miasto skazane był na klęskę, wiedział to. Widział to.
- Panie! Panie! Najwyższy Kapłanie!
Ktoś zamachał mu dłonią tuż przed twarzą. Oderwał przerażony wzrok od zalewanych krwią, białych ulic i spojrzał na wojownika, który stał tuż przed nim. Machał mu dłonią przed twarzą, ponieważ nie mógł go dotknąć. Tylko święcone dłonie mogły go dotykać, jednak większość kapłanów i tak tego nie robiła. Czasem tylko Neji, jego najbliższy przyjaciel, klepał go po ramieniu lub dotykał jego skroni podczas modlitwy o uśmierzenie bólu i trosk.
Żołnierz skłonił się szybko.
- Panie mój, dowódca rozkazał mnie i moim żołnierzom zabrać pana do głównej świątyni i bronić za cenę życia…!
- Nie, nie życia…- zaprotestował jak półprzytomny. – Tyle krwi…
- Najwyższy Kapłanie, musimy uciekać! Trwa bitwa!
- Ale…
- Naruto. – Do jego ucha wdarł się stanowczy głos Nejiego. – Nic tu po nas, jeśli rozgorzeje tu walka, będziemy tylko przeszkadzać! Chodź!
Neji złapał go za rękę i zaczęli uciekać, okrążeni przez grupę dziesięciu żołnierzy w pełnym uzbrojeniu. Za nimi niosły się wojenne okrzyki najeźdźców i krzyki umierających żołnierzy. Naruto czuł się jak otumaniony. Biegł za Nejim po stromych schodach, patrząc, jak złote nici w szacie kapłana migocą w słońcu. Wokół siebie słyszał szczęk zbroi chroniących go żołnierzy.
Zbiegli na dół i wąską ulicą wśród białych domów i zielonych drzewek popędzili w stronę gmachu świątyni. Mijały ich grypy żołnierzy, spieszące na odsiecz swym pobratymcom. Naruto widział rozpacz na ich twarzach, słyszał szeptane przez nich modlitwy. Żołnierze się bali. Bali się śmierci.
Dotarli do świątyni i wpadli do przedsionka. Żołnierze zatrzasnęli i zaryglowali drzwi. Ich dowódca spojrzał na Naruto.
- Panie, proszę się skryć…!
- Nie zostawię was…! – krzyknął Naruto, jednak Neji złapał go za ramiona.
- Świątynio Mądrości, twe życie jest najważniejsze!
- Tam giną ludzie!
- Nie możemy jednak pozwolić, byś i ty zginął. Zaufaj swoim obrońcom, panie! Błagam cię!
Naruto spojrzał w jego szeroko otwarte, błagające, jasne oczy. Skinął głową, pospiesznie ściągnął buty i pobiegł za Nejim i Sakurą. Reszta kapłanów i kapłanek schroniła się na drugim piętrze świątyni, jednak Naruto postanowił pobiec do Kaplicy. Gdy już tam dotarli, zatrzasnęli za sobą wrota i zdyszani, osunęli się na ławki.
- Jeśli miasto upadnie… - zaczęła Sakura.
- Bądźmy dobrej myśli – przerwał jej Naruto. – Pomódlmy się.
Podeszli do ołtarza i uklękli przed nim. Naruto zamknął oczy, błagając w myślach, by miasto jednak nie upadło. Nie mógł wyrzucić sprzed oczu obrazów ze swoich wizji – ulic spływających krwią i tych czarnych, okrutnych oczu. Trwali tak bardzo długi czas, modląc się żarliwie i nasłuchując bitewnego zgiełku, słyszalnego w świątyni nawet mimo jej grubych murów.
Nagle coś huknęło, bardzo, bardzo blisko, aż zadrgały szyby witraży. Naruto zerwał się z kolan i obejrzał.
- O nie. O nie! To brzmi jak…
- Wyważają drzwi! – krzyknął jeden z żołnierzy, znajdujących się w sionce, jakby chciał skończyć za niego zdanie. – Trzymajcie je! Trzym…!
Huknęło jeszcze raz, a potem następny i następny. Sakura i Neji również podnieśli się w kolan i zbliżyli do niego. Razem wpatrywali się w zamknięte drzwi Kaplicy, słysząc huki towarzyszące wyważaniu wrót Świątyni. A potem coś trzasnęło przeraźliwie, następnie łupnęło, jakby coś ciężkiego zwaliło się na marmurową posadzkę i na chwilę zaległa cisza, jednak nie trwała długo. Po chwili do ich uszu dotarły krzyki, odgłosy walki, dźwięk stali uderzającej o stal oraz tupot wielu stóp. A potem znów, po wielu długich, ciężkich minutach, nastała przerażająca cisza…
Naruto i Neji wymienili spojrzenia, a w tym samym momencie drzwi do Kaplicy otworzyły się z jękiem i ich skrzydła uderzyły z hukiem o ścianę. Do pomieszczenia wpadło kilku żołnierzy… wrogich żołnierzy…

Sasuke kroczył dumnie główną ulicą Konohy, którą udało im się podbić niespełna godzinę temu. Jego żołnierze spędzili obrońców miasta na jakimś placu i pilnowali ich tam. Reszta przeszukiwała domy, wynosząc z nich wszystko, co cenne. Jeszcze inni zabawiali się miejscowymi dziewkami. W mieście unosił się zapach dymu, krwi i stali. Zapach bitwy, tak dobrze mu znany.
- Czemu właściwie idziemy do tej świątyni? – spytał swego doradcę, Suigetsu, który wcześniej zameldował mu upadek miasta, a potem zaczął coś bredzić o jakichś kapłanach.
- Myślę, że cię to zainteresuje, generale. Tam skryli się kapłani i kapłanki tej ich religii… Nasi żołnierze nieźle się tam zabawiali, ale gdy dotarłem na miejsce, kazałem im przestać, bo ci idioci za dużo niszczyli. Rubinowe posągi, złote kielichy, stare księgi… niewyobrażalna fortuna!
- Trzeba było tak od razu – podchwycił Sasuke, teraz rozumiejąc. Jako przywódcy należały mu się najlepsze łupy, niestety, wśród jego ludzi nie brakowało tępaków i złodziei.
Szli kilkanaście minut, aż dotarli do ogromniastego budynku świątyni, w całości wykonanego z białego kamienia. Ciężki drzwi wejściowe były wyważone, jedno skrzydło leżało na posadzce, a na nim kilkunastu nieżywych żołnierzy, większość jednak wrogich. Sasuke przekroczył próg, a potem przeszedł nad ciałami.
- Gdzie teraz? – zapytał, patrząc na szeroką salę z kilkoma korytarzami, prowadzącymi w różne strony.
- Tędy, panie – mruknął Suigetsu i poprowadził go na lewo. Przemierzyli krótki korytarz i dotarli do nowych drzwi, tym razem tylko uchylonych. Wkroczyli do środka.
Wnętrze okazało się być czymś w rodzaju kaplicy, ale wyjątkowo ubogiej. Rzędy ławek stały po obu stronach szerokiego przejścia, na podwyższeniu znajdował się ubogi ołtarz, wokół którego porozrzucane były jakieś czerwone klejnoty. Cała masa czerwonych klejnotów…
Jego żołnierze, około dziesięciu, siedzieli w ławach. Na jednej z nich leżała odarta z szat, martwa kobieta. Jej krew – z odciętych dłoni i stóp – kapała na podłogę, gdzie rozlewała się w makabryczną, szkarłatną kałużę na białej posadzce.
- Czemu odcięli jej dłonie i stopy? – spytał szeptem. Suigetsu westchnął.
- Gdy tu przyszedłem, właśnie skończyli zabawiać się z nią i usiłowali zdjąć z trupa złote bransolety. Okazało się, że nie można ich zdjąć, więc – machnął ręką. – I tak już nie żyła.
- A co to za dwóch? – spytał Sasuke, przenosząc spojrzenie na klęczących przy ołtarzu mężczyzn.
Obaj byli związani i zakneblowani, ubrani w białe szaty. Wyglądali na nietkniętych, choć mniejszy z nich, blondyn, miał krew na brodzie i ślad na policzku, świadczący o tym, że ktoś go uderzył. Wpatrywał się w Sasuke oczyma niebieskimi jak niebo latem, które intensywnością z całą pewnością z owym niebem by wygrały. Jego twarz sprawiła, że generał poczuł uderzenie ciepła.
- Zakazałem ich ruszać. Ten blondyn strasznie się wyrywał, mój panie, chyba jest kimś ważnym…
- Podnieście go na nogi! – rzucił Sasuke do swoich ludzi, którzy, gdy wszedł, padli na kolana. Dwóch zerwało się, podskoczyło do blondyna i podniosło go pod ręce, a potem przywlokło przed oblicze Sasuke.
Uchiha przyjrzał się bliżej niezwykłemu mężczyźnie. Teraz już rozumiał, czemu ludzi z tego miasta nazywano pięknymi – blondyn przewyższał urodą niejedną znaną mu kobietę. Był wysoki, ale od niego niższy, smukły, jego ciało sprawiało wrażenie giętkiego i szybkiego. Miał wąską, delikatną twarz, lecz nie pozbawioną specyficznej drapieżności, wręcz przeciwnie, jego twarz przywodziła na myśl jakieś dzikie zwierzę. Jego włosy miały barwę złota, a oczy najczystszego błękitu. Sasuke przełknął ślinę, patrząc na tę słodką, pociągającą, a jednocześnie drapieżną twarz. Elf, tak właśnie malowano elfy w starych księgach i na obrazach. Tak je sobie wyobrażał, miał ochotę odgarnąć jasne włosy mężczyzny i sprawdzić, jaki kształt mają jego uszy.
Blondyn cały się trząsł i Sasuke ucieszył się, iż to zjawisko się go obawia. Wyciągnął rękę i ściągnął mu knebel z ust. Chciał przemówić do tej istoty, która mogłaby być istotą z baśni, że nie musi się go bać, gdyż będzie dla niej łagodnym panem – już postanowił, i że właśnie ten blondyn, zamiast dziewki, umili mu noc po bitwie – gdy z ust niebieskookiego padły pierwsze słowa:
- Nie wybaczę ci… - powiedziała istota, piękna niczym wróżka. – Nigdy ci nie wybaczę! – Blondyn szarpnął się gwałtownie, jakby chciał rzucić się generałowi do gardła i ten wnet pojął, iż niebieskooki trząsł się z furii, a nie ze strachu. Trzymający go żołnierze powstrzymali go. – Nigdy ci nie wybaczę! Potworze! Morderco! Obyś w piekle skonał, ty diabl…!
Sasuke uciszył go uderzeniem w policzek. Głowa blondyna odskoczyła w bok, z ust spłynęła krew, jednak nie poddał się on bólowi. Spojrzał na Sasuke poprzez grzywkę, nadal dygocąc.
- Kimże jesteś, że śmiesz rzucać mi w twarz takimi słowami? – zapytał Uchiha lodowatym tonem, zupełnie odmiennym niż jego stan. Podobała mu się drapieżność blondyna i hart jego ducha. To spowodowało, że zapragnął go jeszcze bardziej.
- Jestem Najwyższym Kapłanem Świątyni Ognia i Powiernikiem Woli Kyuubiego! Zwą mnie Świątynią Mądrości, Światłem Oczyszczenia, Tym, Który Widzi Więcej i z woli mego boga przewodniczę kapłanom tego miasta! Nazywam się Uzumaki Naruto! – krzyknął blondyn. Niebieskie oczy wpatrywały się w Sasuke z furią. Ten zaśmiał się.
- Z czego się śmiejesz, morderco?! – ryknął blondyn. – Czy śmieszą cię gwałty i mordy?! Czy śmieszy cię napadanie na nasze miasto i plądrowanie go?! Czy śmieszy cię krew mego ludu, przelana na ulicach?! Odpowiedz mi!
- No, no – mruknął Sasuke, łapiąc blondyna za podbródek. Ten szarpnął się i warknął, niczym nieoswojone zwierzątko. Żołnierze Sasuke zawtórowali mu śmiechem. – Butny ten kociak…
- Nie jestem kotem! – krzyknął blondyn, nadal próbując uwolnić podbródek. Nie miał na to szans, trzymany za ramiona przez dwóch żołnierzy i dodatkowo związany. – W imieniu mego boga rozkazuję ci…
Sasuke zacisnął palce, a blondyn urwał i syknął z bólu.
- Ty mi rozkazujesz? Jam jest książę Uchiha Sasuke, generał armii i następca tronu miasta Oto. Podbiłem Konohę i teraz to ja jestem twoim bogiem, winnyś mi więc posłuszeństwo.
Ślina rozbiła się o jego policzek nim jeszcze skończył zdanie.
- Nigdy – wycedził blondyn przez zęby. – Nigdy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz