środa, 19 grudnia 2012

4. Pusty dom

Naruto zatrzasnął drzwi z całej siły i jeszcze chwilę stał, dysząc z wściekłości. W końcu zamknął je na zasuwkę i poszedł do kuchni. Był zły i to naprawdę zły, jak nigdy. Jak on śmiał! Przychodzić tu do jego mieszkania, fałszywie przepraszać! Co za… co za…
-Co za skurwiel! – ubrał w końcu w słowa swoją frustrację, nalewając wody do czajnika i nastawiając go na gazie. Usiadł przy stole, patrząc na okno.
            Jaszcze nigdy nikt nie upokorzył go tak, jak ten mężczyzna. Naruto żałował podjętej przez siebie decyzji. Żałował, że dał się podejść, jak dziecko, że był igraszką tych dwóch, że pozwolił, by potraktowano go jak zabawkę, jakby…
            Zacisnął pięści i powieki, odchylił głowę do tyłu i zaczął wolno i głęboko oddychać. Nie powinien się tak złościć i stresować. I krzyczeć tak głośno, musiał pamiętać o swoim zdrowiu. Starał się uspokoić, ale nie mógł i już po chwili jego oddech stał się ciężki, a potem złapał go ostry napad kaszlu. Starając się go opanować, wziął do ręki leżący na stole inhalator i gdy tylko przestał się dusić, nabrał dwa głębokie wdechy.
            Na astmę chorował od dziecka i nauczył się już z nią żyć,ale ostatnio miał coraz częstsze ataki kaszlu. Dlatego miał długi, bo połowa wypłaty poszła mu na leki i lekarzy. Dostał nie lada opieprz za to, że odstawił leki, ale przez pewien czas, kiedy było u niego krucho z kasą, zwyczajnie nie było go na nie stać. W bidulu miał je za darmo i w pełni kontrolował swoją astmę, lecz po tym, jak na jakiś czas musiał odstawić lekarstwa, napady duszności powróciły. Teraz musiał podwójnie uważać i cały czas o lekarstwach pamiętać. Tak często wracał z pracy nocą, co by było, gdyby nie miał przy sobie leków, a atak złapałby go gdzieś na opustoszałym chodniku? Aż zadrżał,wyobrażając sobie taką scenę.
            Czajnik zaczął gwizdać, a on wstał i zalał sobie herbatę.Potem na powrót usiadł i oparł się o ścianę. Nie powinien wczoraj pić i nie powinien iść do tego całego Uchihy. To cud, że po alkoholu, wstydzie i strachu,których się najadł, zdołał dotrzeć do domu i nie udusił się gdzieś po drodze! Zachował się jak kretyn! Nie mógł sobie tego wybaczyć!
            Pił herbatę powoli, uspokajając się. Wciąż czuł się okropnie, czuł się dziwnie brudny, zbrukany, ale przechodziło mu to. Na parapecie leżała już tylko jedna koperta, do której włożył wszystkie pieniądze,które zostały po spłacie długi i zakupach, które zrobił. Kiedy wstał dziś koło południa wcale nie chciał tych pieniędzy ruszać. Miał zamiar nie wyrzucić, brzydził się nimi… ale znów nie dał rady. Nie był na tyle szlachetny, aż w końcu uznał je za rekompensatę za to, co wydarzyło się w mieszkaniu Sasuke. To nie on złamał umowę, tylko Uchiha. Nawet jeśli tu chodziło o zabawę i upokorzenie go, to wedle umowy, te pieniądze mu się należały. Z resztą, tego skurwiela było stać. A on był chory i nie miał na czynsz. Koniec i kropka! Jeszcze czego, by miał wyrzuty sumienia przez tego śmiecia…
            Skończył herbatę i przeszedł do sypialni. Miał się położyć, ale teraz już w ogóle nie chciało mu się spać. Ściągnął z siebie koszulkę i cisnął ją w kąt, krążąc po mieszkaniu i w myślach wyzywając Uchihę od najgorszych. Znał takich palantów jak on. Takich, którzy znęcali się nad słabszymi, upokarzali ich tylko po to, by poczuć się silniejszymi, lepszymi od innych. Uchiha zdawał się być takim samym typem. Kimś, kto pasie własną dumę i pychę wstydem innych ludzi. Jak on wtedy warknął na Kakashiego! „Cisza! Płacę, to wymagam!” Co to w ogóle za słowa do kumpla? Jak tak można?!
            Potrząsnął głową, zdając sobie sprawę, że odkąd opuścił mieszkanie Uchihy, o niczym innym nie myślał jak o tym draniu. Nie powinien tego robić. Ściągnął z siebie spodenki, zgasił światło i walnął się na swój materac.
            Leżał, patrząc w sufit i starając się nie myśleć o niczym, aż w końcu zasnął.
            Noc miał raczej spokojną, tylko raz obudziły go duszności. Kiedyś tak nie było, ale teraz zwyczajnie zaniedbał chorobę i często budził się w nocy, sięgając po inhalator. Potem ponownie się położył i aż do rana spał spokojnie.
            Rankiem wstał o ósmej, bo nie mógł już dłużej spać. Zjadł skromne śniadanie i wypił kawę, a potem wyszedł przejść się po świeżym powietrzu. Miał dziś wrócić do pracy i trochę się tego obawiał. Ślady na jego szyi wciąż były lekko widoczne, a wiedział, że jego koledzy zawsze bacznie mu się przyglądali. Zwłaszcza Kiba, którego Naruto nawet lubił, choć momentami Inuzuka denerwował go głupimi tekstami i szczypaniem w pośladki. Na te wspomnienie uśmiechnął się. Pomijając to, co w tym wszystkim było dziwne, to lubił swoją pracę i tylko na początku czuł się w niej źle. Teraz już się przyzwyczaił – do rozmów z klientami, którzy wyłazili z siebie, by mu jakoś zaimponować, do wygłupów z Kibą, do drażnienia go i dokuczania mu, do szefa, który był surowy,ale dobry i mimo wszystkich przeciwności, przyjął Naruto, gdy ten był w prawdziwej potrzebie. Przyzwyczaił się nawet do namolnego Kakashiego. Nie żałował, że tam pracował. Żałował tylko jednej swojej decyzji. Żałował, że dał się tak nabrać…
            Wrócił do domu i zabrał się za gotowanie. Miał w swoim mieszkanku książkę kucharską, którą wyczaił w pewnym antykwariacie. Wielki, gruby tom z tysiącem przepisów na każdą okazję. To z tej książki nauczył się przyrządzać sobie żarcie i, szczerze mówiąc, był zaskoczony, że po pewnym czasie potrawy zaczęły mu wychodzić. Teraz bez problemu gotował sobie wszystko, na co tylko miał ochotę.
            Zasiadając do samotnego obiadu na chwilę ogarnęła go melancholia. Zwykle był wesoły, dużo mówił i szybko działał, ale w swoim mieszkaniu, kiedy był sam ze sobą, to się zmieniało. W rzeczywistości pomieszkaniu chodził przeważnie przygnębiony i w złym nastroju. Nie mógł znaleźć sobie miejsca, brał się co chwila do innej pracy i żadnej nie kończył. Miał wiele pomysłów, lecz żadnego nie zrealizował. Nudził się. Wariował.
            Wiedział, że taki stan zawdzięczał tylko samemu sobie,ale nie miał szans tego zmienić. Podczas gdy zazwyczaj ludzie w jego wieku wciąż myśleli o zabawie i przygodach, on musiał wziąć się w garść i stanąć na nogi, co wcale nie było takie łatwe, tym bardziej, że miał niewielkie perspektywy i żądnego wsparcia. Czuł się przez to taki samotny i zapomniany. W chwilach najgorszej depresji zastanawiał się, czy na świecie istnieje chociaż jedna osoba, która myśli o nim w tej chwili i dochodził do wniosku, że nie – nikogo takiego nie miał. On nikogo nie obchodził.
            Była to myśl niemalże nie do zniesienia. Myśl, że nie ma nikogo. O swoich rodzicach nie wiedział zupełnie nic, ponoć został podrzucony na próg sierocińca, a jedyną pamiątką jaką posiadał, przypuszczał, że po matce, była kartka z jego imieniem i nazwiskiem, wypisana niebieskim długopisem, którą znaleziono przy nim, a potem, gdy był już starszy, oddano mu jako pamiątkę. Zachował ją, wyobrażając sobie, że tak pisała jego matka. Żałował tylko, że nie napisała nic więcej…
            W sierocińcu nie był lubiany z powodu starszych kolegów,którzy obrali go jako ofiarę i wyśmiewali się niego, bo był niski i drobny. Wielokrotnie przezywali go „panienką” i dokuczali mu, przez co inne dzieci nie chciały się z nim za bardzo zadawać, bo bały się, że i je to spotka. W szkole było podobnie, choć nikt mu nie dokuczał, to i tak nikogo za bardzo nie interesował. Kto by się przejmował jakimś sierotą?
            Dlatego kiedy skończył szkołę, nie było nikogo, kto mógłby go teraz odwiedzać. Ale odbijał sobie w pracy, której spotykał masę ludzi. Choć ten tłok zaczynał już go nieco denerwować. Czuł rozdrażnienie i frustrację za każdym razem, kiedy musiał się z kimś użerać czy coś mu nie wychodziło. Czuł się tak, jakby wszystko jak naumyślnie kładło mu się kłodami pod stopy.
            Kiedy przyszedł czas, zaczął szykować się do pracy, potem zebrał swoje rzeczy do małej torby i wyszedł.
            Droga do pracy zajmowała mu trochę czasu, jechał z przesiadką. Kiedy w końcu dotarł na miejsce, zastał już wszystkich w komplecie.Szybko przebrał się w koszulkę z nazwą klubu i poszedł pomóc w otwarciu. Trochę czasu minęło, zanim zaczęli schodzić się pierwsi klienci. Naruto był właśnie w trakcie przygotowywania drinka dla jednego z nich, kiedy w barze zjawił się Kakashi.
            Naruto udawał, że go nie widzi, jednak gdy szarowłosy usiadł przy barze i na niego skinął, nie mógł zignorować klienta. Zbliżył się.
-Dzień dobry, co dla pana? –zapytał, jak zawsze uprzejmie, ale bez uśmiechu.
-Naruto, posłuchaj…
-Jeśli pan nie zamawia, to przykro mi…
-Nie, nie! Czekaj… Nalej mi piwa… i posłuchaj…
            Naruto wziął do ręki szklankę i zaczął nalewać,przyglądając się Kakashiemu. Czuł się zawstydzony i upokorzony, nie miał pojęcia, czego jeszcze chce od niego ten mężczyzna.
-Naruto, Sasuke to…
-Skurwiel – powiedział Naruto głośno, niespodziewanie nawet dla samego siebie. Hatake zmieszał się lekko.
-Nie przeczę… ale… chciałem cię przeprosić, za siebie i za niego…
-Za niego nie trzeba –powiedział Naruto, stawiając przed Kakashim kufel z piwem. Przyjął pieniądze i zabrał się za wydawanie reszty, uderzając gniewnie w klawisze przy kasie. – Sam do mnie przyszedł i ja jego przeprosin nie przyjąłem. Co do twoich, to się zastanowię – położył drobne przed Kakashim i spojrzał zdziwionemu mężczyźnie w oczy. – Byłbym wdzięczny, gdybyście przestali mnie nachodzić, bo inaczej będę wzywał ochronę za każdym razem, jak was tu zobaczę.
            Odwrócił się i odszedł na drugą stronę baru.
            Tego wieczoru Kakashi się już więcej do niego nie odezwał, co go ucieszyło. Nie chciał mieć z nim nic wspólnego. Hatake wypił swoje piwo, jeszcze trochę posiedział, rozmawiając z jakimś facetem, a potem wyszedł. To rozluźniło Uzumakiego. Kiedy Kakashi siedział przy ladzie, Uzumaki czuł się nieustannie obserwowany. Denerwowało go to i rozpraszało, raz omal nie oblał piwem jednego z klientów. Cały dzień chodził nabzdyczony i wszyscy to widzieli, wiec kiedy w lokalu zaczęło ubywać klientów poprosił szefa, czy może się urwać trochę wcześniej, bo kiepsko się czuł, a ten się zgodził.
            Naruto czym prędzej opuścił bar, a potem udał się w stronę najbliższego przystanku. Na miejscu okazało się jednak, że nie ma o tej porze autobusu do siebie. Nieco zły, ruszył na piechotę. Po kilku krokach stwierdził, że być może spacer to było właśnie to, czego potrzebował. Noc była chłodnawa, ale przyjemnie rześka.
            Coś jednak cały czas nie dawało mu spokoju. Czuł się dziwnie, jakby był obserwowany i z każdą chwilą to uczucie nasilało się. Szedł z dłońmi w kieszeniach, oglądając się raz za razem za siebie. Nic nie widział, ulice były puste, czasem tylko przemknął jakiś samochód. A mimo to wciąż czuł czyjeś spojrzenie na karku.
            Rozkaszlał się i zatrzymał, by złapać oddech. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że z minuty na minutę szedł coraz szybciej i na koniec niemalże biegł. A on nie mógł biegać.
            Oparł się dłonią o jakiś mur, starając się złapać oddech.Przychodziło mu to z trudem. Nienawidził tego uczucia, gdy nie mógł nabrać w płuca dostatecznej ilości powietrza. Oparł się bokiem o ścianę, ściągając z ramienia swoją torbę. Złapał za suwak i pociągnął, ale nic się nie stało. Torba była stara, suwak w kółko się zacinał.
            Zdenerwował się i już zupełnie go przytkało. Poczuł się tak, jakby zjadł coś dużego, co utknęło mu w gardle. W oczach stanęły mu łzy, w uszach zaczęło mu szumieć. Zaczął szarpać się z suwakiem, coraz bardziej zdesperowany, lecz ten, jak na cholerę, musiał zaciąć się właśnie teraz! Teraz, kiedy tak bardzo potrzebował leków! Szarpnął po raz ostatni.
            Torba pękła, a wszystkie jego rzeczy rozsypały się pochodniku. Inhalator odturlał się w bok, telefon też odtoczył się gdzieś poza zasięg jego oczu. Chciał go sięgnąć, ale ciało odmawiało mu współpracy. Przez łzy, które spływały mu po twarzy, nic nie widział. Nic nie słyszał przez krew, tętniącą mu w uszach. Dusiło go i nie mógł wydać z siebie żadnego dźwięku, prócz cichego rzężenia, kiedy chciał zaczerpnąć choć jeden, najlżejszy oddech. Rozdygotane kolana ugięły się pod nim i osunął się na zimny chodnik. To koniec…wiedział, że to koniec…
            I wtedy poczuł dłoń. Dłoń, która najpierw dotknęła jego twarzy, a potem przesunęła się wyżej. Silne palce złapały jego nos i ścisnęły.Inne palce rozchyliły jego usta, przytrzymując brodę. Sekundę później czyjeś wargi siłą wtłoczyły mu do płuc zbawienny tlen.
-Oddychaj! – warknął znajomy, nieprzyjemny głos. – No oddychaj, do jasnej cholery!
            Kolejna porcja tlenu, jeszcze większa od poprzedniej.Jego klatka piersiowa uniosła się i nagle jego płuca odetkały się. Do uszu znów zaczęły docierać dźwięki, a cały świat uderzył w niego jakby ze zdwojoną siłą. Nabrał głośno powietrza i zaczął kaszleć.
            Dwie ręce pomogły mu przekręcić się na bok, by nie leżał na wznak, a on zachłannie chwytał powietrze, kaszląc. Chwilę później te same dłonie pomogły mu usiąść i jedna z nich podetknęła mu pod nos inhalator. Złapał go szybko i czym prędzej nabrał dwa wdechy. Lekarstwo przyjemnie rozeszło mu się po gardle, łagodząc pieczenie i łaskotanie. Odetchnął już spokojniej. Oparł spocone czoło o coś miękkiego i pachnącego drogimi perfumami, co znajdowało się tuż przed nim. Pomocna dłoń gładziła go po włosach, gdy cały dygotał, próbując powstrzymać łzy, które wciąż spływały mu po policzkach.
-Astma – usłyszał tuż nad uchem, ten sam, znajomy i nieprzyjemny głos.
-Uchiha… - szepnął ledwo słyszalnie. Podniósł lekko głowę.
            Sasuke Uchiha klęczał na chodniku, a on opierał głowę na jego ramieniu. Czarne oczy wpatrywały się w niego uważnie, gdy zaczął szybko ścierać łzy z twarzy.
-A wiec chorujesz na astmę – powiedział Uchiha, a Naruto odruchowo skinął głową. – I urządzasz sobie nocne biegi po mieście. Pewnie rekreacyjnie, co?
            Naruto spojrzał an niego krzywo, słysząc ironiczny ton. To było typowe dla Uchihy, kopać leżącego.
-Miałem wrażenie… że ktoś mnie śledzi… a to ty… - wysapał.
-Nie schlebiaj sobie, nie szedłem za tobą – powiedział Uchiha i wskazał kciukiem za siebie. – Jechałem tędy samochodem. Masz szczęście, że cię zauważyłem.
            Naruto nie skomentował tego, choć przez głowę przemknęło mu, że to przecież nie jest normalna pora na przejażdżki. W duchu dziękował wszystkim bogom, że Uchiha się pojawił. Patrzył, jak Sasuke zbiera jego rzeczy, porozwalane po chodniku i wkłada do rozerwanej torby. Potem podszedł do niego i pomógł mu wstać, zarzucając sobie jego rękę na ramiona.
-Nie musisz mi pomagać – sapnął Naruto. Sasuke westchnął.
-Potykasz się o własne nogi, ciamajdo. Po prostu chodź i nie marudź – powiedział brunet i teraz to Naruto westchnął. Widać Uchiha najzwyczajniej w świecie nie umiał być miły.
            Sasuke zaprowadził go do swojego samochodu i pomógł mu wsiąść, a potem sam zasiadł za kierownicą i natychmiast ruszył.
            Naruto nic nie mówił. Kolana dygotały mu całą drogę i skupiał się tylko i wyłącznie na tym, by nie było tego widać. Czuł się dziwnie, bo właśnie przed chwilą otrzymał pomoc od kogoś, kto całkiem niedawno bardzo go upokorzył.
            Dotarli pod kamienicę Naruto. Uzumaki już chciał podziękować, kiedy Uchiha wysiadł z samochodu i zaczął go obchodzić, po czym otworzył mu drzwi. Naruto rozdziawił usta w zdziwieniu.
-A co ty robisz? – zapytał,patrząc na swoją torbę, którą Uchiha zabrał mu z kolan i zarzucił sobie na ramię.
-Pomagam ci – odparł Sasuke dość nieprzyjemnym tonem. – Radziłbym to docenić.
-Tak, bo jak widać, nie masz w tym żadnego doświadczenia – mruknął Naruto zgryźliwym tonem, kiedy Uchiha, dość niedelikatnie, złapał go za łokieć i wyciągnął z auta. Uzumaki nie protestował,gdy ten pomagał mu dojść do mieszkania. Kolana wciąż mu lekko drżały i co chwila łapał zadyszkę. Czuł się dziś kiepsko, zastanawiał się, jakim cudem przetrwał w pracy? Teraz marzył tylko o tym, by wypić coś ciepłego i się położyć. Serce już mu się uspokoiło, ale wciąż pamiętał ten moment, kiedy myślał, że zaraz się udusi. I dłonie Sasuke na jego twarzy, a potem jego wargi na ustach. Zadrżał, co nie uszło uwadze bruneta, który go podtrzymywał.
-Coś nie tak? – zapytał Uchiha.
-Zimno mi – powiedział Naruto,co nie było zupełnie niezgodne z prawdą, gdyż faktycznie, czuł się trochę zmarznięty i osłabiony. Sasuke przygarnął go jakoś tak bliżej siebie i podprowadził do mieszkania. Naruto wygrzebał z kieszeni klucze i otworzył drzwi. Weszli do środka i skierowali się do kuchni. Tam, Sasuke posadził go przy stole i zaczął kręcić się po malutkim pomieszczeniu.
-Co ty robisz? – zapytał Naruto. Sasuke zerknął na niego, biorąc do ręki czajnik.
-Herbatę – odparł, nalewając do niego wody. – Przecież było ci zimno.
            Naruto przyglądał mu się w zdumieniu. Sasuke kręcił się po kuchni, szykując kubki i nasypując do nich herbaty. Powieki Naruto opadły.Było tak cicho i ciepło, że mógłby…
-Naruto, ty przysypiasz –usłyszał już koło ucha. Podniósł powieki i spojrzał w czarne tęczówki.
-Hę?
-Przysypiasz. Idź do sypialni…- zachichotał i ciężko podniósł się z krzesła.
-Ja nie mam sypialni – mruknął i przeniósł się do sąsiedniego pokoju, gdzie na podłodze leżał materac. Osunął się na niego i przyłożył głowę o poduszki. Uchiha przydreptał za nim i okrył go kocem.
-Ale jeszcze przed snem… chcę herbaty – wymamrotał.
-Jasne…
-Super… Dzięki… draniu…

3 komentarze:

  1. Takie piękne ;') brak słów.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale slodkie <3
    Sasuke czasem potrafi byc dobry :')

    OdpowiedzUsuń
  3. idealne! Obiecuję Ci, że napiszę komentarz pod każdym rozdziałem każdej twojej powieści i napisze co mi sie w niej podoba. Yakusoku!!!!

    Tutaj dziwi mnie zakochany w Naruto Kakashi, ale fajny pomysł. Naruto mógłby pobyć jeszcze trochę zły na saska.... ":P

    OdpowiedzUsuń