wtorek, 18 grudnia 2012

1. Moje własne demony

Obudziły mnie głosy dochodzące z dołu. Usiadłem, przetarłem oczy, ziewnąłem i zwlokłem się z łóżka, zataczając się przy tym jak pijak. Ta noc minęła mi równie kiepsko, co wszystkie inne. Mój powtarzający się sen znów nie pozwolił mi spokojnie spać. Przez większą część nocy przewracałem się z boku na bok, bo gdy tylko zamykałem oczy, znów ich widziałem, zupełnie tak, jakbym się znalazł w tamtym salonie, jakbym miał jeszcze raz przeżyć to wszystko.
Powlokłem się do łazienki i myjąc zęby, przyglądałem się cieniom pod swoimi powiekami. Przyzwyczaiłem się do nich tak bardzo, że nie zwracałem na nie uwagi, ale dziś wydały mi się one o wiele wyraźniejsze niż zawsze. Wszystko przez to, że skończyły mi się moje tabletki nasenne, dzięki którym mogłem normalnie sypiać, bez tych beznadziejnych koszmarów.
Ubrałem się i postanowiłem zejść na dół, zobaczyć, co się dzieje? Po głosach, które słyszałem poznałem, że to mój starszy brat i opiekun prawny, Itachi, rozmawia w kuchni z naszym durnym sąsiadem. Wszedłem do środka.
-Dzień dobry – powiedziałem, a białowłosy, ogromny mężczyzna siedzący przy naszym stole kiwnął mi głową, unosząc lekko kubek z herbatą.
-Co z tobą, Sasuke, zarwałeś noc? Jak ona ma na imię? – zapytał ze śmiechem, ale ja zignorowałem to pytanie i usiadłem naprzeciw niego, unikając wzroku mojego brata.
-Co pan tu robi? – zapytałem, kiedy Itachi postawił przede mną kubek kawy.
-Cóż, właśnie miałem przejść do wyjaśniania tego wszystkiego – odrzekł, sięgając do wewnętrznej kieszeni swojej marynarki. – Otóż, jak już mówiłem ci, Itachi, otrzymałem bardzo dziwny list, mówiący o tym, że z gruzów zniszczonego budynku wygrzebano szczątki innego listu. Listu zaadresowanego do mnie, z prośbą od mojego byłego, nota bene najlepszego studenta, bym został ojcem chrzestnym jego syna.
            Jiraiya wyjął niewielką, lekko nadpaloną i brudną kartkę w foliowej koszulce i podał ją Itachiemu. Patrzyłem uważnie, jak oczy mojego brata prześlizgują się po tekście. W końcu Itachi skończył czytanie i spojrzał na białowłosego zmrużonymi oczyma.
-Nadal nie rozumiem, o co ci chodzi, Jiraiya – powiedział, a starzec westchnął.
-Chodzi o to, że koniec końców nie dostałem tego listu. Jego autorka i jej chłopak, Kushina i Minato, zginęli w pożarze. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, pożar wybuchł nocą. Minato wyniósł syna, wcisnął go w ręce jednego z sąsiadów, którzy nadbiegli i wrócił do domu po Kushinę, jednak drugi raz wydostać się z płonącego domu już mu się nie udało – Jiraiya westchnął, odbierając od Itachiego swój list. – Nie miałem o tym pojęcia, kontakt z Minato mi się urwał kiedy chłopak skończył studia. To było tak dawno temu… - pokręcił głową i napił się herbaty. Ja i Itachi wpatrywaliśmy się w niego, nie mając pojęcia, do czego dąży. W końcu odstawił kubek i zerknął na mojego brata, a jego oczy rozbłysły determinacją.
-Udało mi się odnaleźć tego chłopaka i wywalczyć prawo do opieki nad nim – powiedział znienacka, a Itachi wybałuszył oczy. – Ma na imię Naruto, tak jak się spodziewałem. Jak bohater mojej pierwszej książki – rzekł z dumą, a ja nie mogłem uwierzyć, że ktoś mógł nazwać syna imieniem postaci z książki tego starego zboczeńca. Nie odezwałem się jednak ani słowem, żeby nie wkurzyć Itachiego. Mój starszy brat uważał, że powinienem darzyć szacunkiem tego erotomana. – Jest już prawie dorosły, ma siedemnaście lat, tak jak ty, Sasuke – Jiraiya wskazał na mnie, obdarzając mnie zaskakująco czułym spojrzeniem. Jakby nagle zobaczył we mnie tego swojego chrześniaka. – Zdziwił się, kiedy go odnalazłem. Mieszka w domu dziecka, nosi panieńskie nazwisko swojej matki… podobny do rodziców jak dwie krople wody. Z wyglądu do ojca, z charakteru do matki. Zaproponowałem mu, by zamieszkał ze mną, a on się zgodził. Jutro rano przyjeżdża.
-Wspaniale! – ucieszył się natychmiast Itachi i rzucił do sąsiada, by poklepać go po plecach. Jiraiya uśmiechnął się, jednak po chwili jego uśmiech zgasł.
-No… nie do końca – rzekł, a ja uniosłem głowę znad kubka swojej kawy. Wydawało mi się bowiem, że cieszył się z przyjazdu tego dzieciaka. – Chodzi o to, że ja w poniedziałek wyjeżdżam. Zaczynam pracę nad nową książką i będę zbierał potrzebne mi materiały za granicą. Kiedy dowiedziałem się o Naruto, było już za późno, by odwołać moje plany. Jestem związany kontraktem.
-Więc chcesz… - zaczął Itachi, a Jiraiya pokiwał głową.
-Żebyś miał na chłopaka oko i codziennie go nakarmił – powiedział, znów sięgając do kieszeni. Położył na stole dość grubą, białą kopertę. – To pieniądze na wyżywienie. Ogólnie, dzieciak potrafi o siebie zadbać i w ogóle się o niego nie martwię, byłbym jednak spokojniejszy, gdybym miał pewność, że na niego zerkniesz i nakarmisz przynajmniej raz dziennie czymś innym niż ramen w kubku.
            Mój brat zaśmiał się, ale zgarnął kopertę ze stołu i schował do kieszeni. Wstałem gwałtownie i bez słowa wyszedłem z kuchni, nie dopiwszy kawy. Poszedłem do siebie, a przed oczyma wciąż miałem minę Itachiego, kiedy Jiraiya położył kopertę na stole. Dobra, może i mieliśmy niewielkie problemy finansowe, ale żeby ten stary zbok musiał nam pomagać, korzystając z tak marnej wymówki?! Wściekły, spakowałem swoją teczkę, a potem wyszedłem z domu nawet nie zaglądając do kuchni.
            Kiedy przechodziłem obok domu naszego sąsiada nawet na niego nie spojrzałem, wciąż byłem zły. Moje myśli przemknęły z koperty na sens rozmowy prowadzonej przez Itachiego i Jiraiyę. A więc ten pryk miał zamiar sprowadzić sobie tu coś w rodzaju przyszywanego wnuczka? Prychnąłem. Z tego co białowłosy opowiadał, to wyglądało na to, że chłopak nie będzie większym problemem. Wychowany w sierocińcu, z charakterem odziedziczonym po mamusi, potrafiący o siebie zadbać. Wyobraziłem go sobie jako zaradnego, cichego, dość spokojnego kolesia który będzie starał się schodzić ludziom z oczu i nie pakować w kłopoty i od razu ten dzieciak bardziej mi się spodobał. Nie zniósłbym codziennie na obiedzie jakiegoś nieokrzesanego, hałaśliwego głupka. Nie wytrzymałbym. Spokój naszego domu, domu moich rodziców, był świętością. Zadnia cichy i spokojny, martwy, bo mnie i Itachiego praktycznie nigdy w nim nie było, nocą ogarnięty był moimi demonami. Moimi koszmarami. Na nic innego nie było w nim miejsca.
            Do szkoły miałem blisko. Kiedy tam dotarłem, od razu otoczył mnie tłum moich natarczywych, zdesperowanych fanek z Sakurą Haruno na czele. Nie zwracałem na nie najmniejszej uwagi, tylko szedłem w stronę klasy, nie patrząc w ich kierunku. Sakury miałem już serdecznie dość. Była ładna, ale po naszej nieudanej randce w zeszłym roku nie chciałem mieć już z nią więcej do czynienia. Różowowłosa wydała mi się wtedy tak zdesperowana, że przypuszczałem, iż wystarczyłoby tylko jedno moje słowo, ba, jedno moje skinienie, a ona od razu wskoczyłaby mi do łóżka.
            Dotarłem do swojej klasy i usiadłem w ławce, wpatrując się w okno. Po chwili obok mnie zasiadł mój towarzysz, Sai. Sai był dobrym „kolegą z ławki”, nie odzywał się, nic go nie obchodziło, nie interesował się mną, ja nie interesowałem się nim i dobrze żyliśmy w tym naszym ławkowym związku. Czasem tylko zdarzało mu się zapaskudzić blat farbami i wtedy byłem na niego zły.
            Po kilku minutach w końcu przyszła nauczycielka. Fanki, które przez cały czas okupowały mój stolik w płonnej nadziei, że zwrócę na nie moją uwagę, ulotniły się, a Kurenai-sensei rozpoczęła pierwszą tego dnia lekcję. Mało uważałem. Moje myśli błądziły wokół hańbiącej honor mojej rodziny białej koperty. Nie mogłem uwierzyć w to, że Itachi ją przyjął. Zacisnąłem dłonie w pięści.
            Lekcja minęła szybko, a po niej następna i następne. Na przerwy nie wychodziłem z klasy, tak samo jak mój sąsiad. On bazgrał po okładkach zeszytów, tym razem rysował sobie na jednej z nich twarz Ino, najlepszej przyjaciółki Sakury. Ja natomiast nie robiłem nic. Szkoła mnie nudziła, nie miałem nigdy żadnych problemów z nauką, wręcz przeciwnie, zawsze błyszczałem na zajęciach, nawet wtedy, kiedy się nie uczyłem. A uczyłem się rzadziej niż rzadko.
            Kiedy w końcu skończyły się moje szkolne tortury, niemal pognałem do domu. Pewien problem stanowiło wyrwanie się moim prześladowczyniom, ale jakoś mi się to udało. Kiedy już znalazłem się u siebie, na stole w kuchni jak zwykle znalazłem kartkę z listą zakupów i pieniądze. Itachi był w pracy. On zawsze był w pracy.
            Zgarnąłem pieniądze, zastanawiając się, czy pochodzą z białej koperty i wyszedłem z domu, przyglądając się liście zakupów. Gotowanie było moim obowiązkiem, ale to Itachi planował, co ugotować danego dnia. Tym razem chciał ramen. Westchnąłem. Ze wszystkich potraw z całego świata tę lubiłem najmniej.
            Do najbliższego supermarketu też nie miałem daleko. Robiąc zakupy starałem się nie zwracać uwagi na dziewczyny, które się za mną oglądały. Nie lubiłem swojej popularności. Denerwowało mnie to, że moja uroda zwraca taką uwagę. Czułbym się o wiele szczęśliwszy, gdyby ludzie stronili ode mnie tak, jak ja od nich. Ich głupota, ich szarość, ich brak indywidualności tak mnie drażnił, że nie mogłem znieść przebywania w tłumie. Czułem, że nic mnie z nimi nie łączy. Nie czułem się jednym z nich.
            Wracając z zakupami do domu nie mogłem przestać myśleć o białej kopercie, choć po części w mojej głowie zaczynały się już formować i inne obrazy. Powoli robiło się już ciemno i dlatego nie mogłem się opędzić od moich prywatnych demonów.
            Kiedy wszedłem do domu usłyszałem dźwięk dzwoniącego telefonu. Zostawiłem zakupy na stole i odebrałem. Z drugiej strony dobiegł mnie poirytowany głos Itachiego.
-Czemu nie odbierasz?! – ryknął, a ja westchnąłem.
-Byłem w sklepie – odparłem. – Miałem wyrwać telefon ze ściany?
-A komórka?!
-Zostawiłem w plecaku. Co chcesz?
-Nie wrócę na noc – powiedział, a ja zmarszczyłem nos. – Mam masę roboty.
-Co ty będziesz robił w redakcji całą noc? – zapytałem nieufnie.
-Nie twój interes! – ofuknął mnie. – Ugotuj sobie coś i nie czekaj na mnie.
-Nawet nie miałem takiego zamiaru.
-Jutro przyjeżdża ten cały Naruto, może w końcu będziesz mia…
            Odwiesiłem słuchawkę, nie pozwalając mu skończyć zdania. Wiedziałem,o co chodziło mojemu bratu i moja odpowiedź brzmiała: NIE. Nie maiłem zamiaru szukać sobie przyjaciela.
            Wypakowałem zakupy i poszedłem do salonu. Nic nie jadłem, ale dla mnie było to normalne. Bardzo często zdarzało mi się żyć w ciągu dnia tylko o kawie. Wiedziałem, że nie wmuszę w siebie nawet kanapki. Usiadłem na sofie, spojrzałem na wyłączony telewizor i już chciałem wstać po pilota, ale nagle się rozmyśliłem. Opadłem i zrezygnowany, wpatrzyłem się w gęstniejący w salonie mrok. Po chwili moje spojrzenie powędrowało na środek pokoju i wspomnienia uderzyły we mnie z taką siłą, że z mojego gardła wydobył się jęk. Najpierw cichy, a potem coraz głośniejszy, aż w końcu łkałem w swoje dłonie, przed oczami widząc wciąż swoich wykrwawiających się rodziców, leżących w tym salonie, tak blisko mnie…
            Sam nie wiem, w którym momencie zasnąłem. Wiedziałem tylko, że mój koszmar znowu nadszedł. Zapomniałem przypomnieć Itachiemu, żeby wykupił mi receptę jak będzie jechał z pracy, ale to mnie miało znaczenia, bo on nie miał zamiaru wrócić. Przewracałem się z boku na bok, jęcząc i zrywając się co chwila. A wszystko przez ten przeklęty sen…
            Miałem wtedy dziewięć lat, spałem w swoim pokoju, nie wiedząc jeszcze, że to pierwsza koszmarna noc w moim życiu i zarazem ostatnia spokojna. Nagle otworzyłem oczy, słysząc jakieś hałasy z dołu i dziwny dźwięk, którego nie znałem. Dźwięk przypominający huk. Wystrzał. Ten dźwięk powtórzył się jeszcze kilkakrotnie, tak więc zaintrygowany, zsunąłem się z łóżka. W domu panowała już cisza. Trzasnęły tylko frontowe drzwi, pisnęły opony samochodu.
            Szedłem, choć wiedziałem, że to, co zastanę na dole będzie straszne. Ale ponieważ i w rzeczywistości, wiele lat temu, zszedłem na dół bez wahania, to i w moich snach robiłem to za każdym razem.
            W domu panował cisza, mącona tylko przez jakieś dziwne rzężenie. Byłem boso, stąpałem ostrożnie. W połowie schodów na dół rzuciłem w ciemną przestrzeń ciche…
-Mamo?
            Nikt mi nie odpowiedział, a więc zszedłem na sam dół. Rzężenie dochodziło z salonu, tak wiec zajrzałem tam i zamarłem.
            Na podłodze leżeli moi rodzice, cali we krwi, która rozpływała się dookoła nich, szybko wsiąkając w dywan. Moja matka jeszcze oddychała. To ona tak rzęziła. Spojrzała na mnie, z ust ciekła jej krew.
-Sa… sasu… - zaczęła, wyciągając w moją stronę zakrwawioną rękę, ale nie dane jej było wypowiedzieć mojego imienia. Jej oczy zgasły, spłynęły z nich ostatnie łzy, a jej ręka opadła bezwładnie na podłogę.
-Mamo!!! – wrzasnąłem, zrywając się i rąbnąłem z kanapy na podłogę.
            Rzeczywistość spadła na mnie niespodziewanie. Zdesperowany, rozejrzałem się dookoła, zdając sobie sprawę, że to ten sam salon, ale jestem w nim tylko ja. Nie ma krwi, nie ma ciał, a przez okno widać dom Jiraiyi.
            Zebrałem się z podłogi, podszedłem do okna i otworzyłem je. Świeże powietrze nieco mnie otrzeźwiło. Odetchnąłem nim głęboko i wróciłem na kanapę. Byłem bardzo zmęczony i słaby. Ściągnąłem z niej kapę i owijając się nią położyłem się, by ponownie pogrążyć się w moim koszmarze. 

5 komentarzy:

  1. czytam te historie juz po raz 3...jak nie 4? jest jedna z moich pierwszych i jedna na jakiej szczerze sie poplakalem pod koniec...idealnie dopasowalas rozdzialy z obu perspektyw...cudowne to jest.mam nadzieje ze zawsze bedziesz pisac takie dobre historie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dopiero zaczyna czytać tego bloga :)
    Już po pierwszych słowach w tekście poczułam tą chęć czytania. :D
    Ten rozdział wyszedł ci świetnie, choć błędy były. Przynajmniej jeden. Napisałeś zamiast nie, mnie. Ale takie coś można wybaczyć jeżeli patrzy się na cały obraz tego rozdziału, a jest on namalowany w ciemnych tonacjach.
    Pozdrawiam Wandal. :D

    OdpowiedzUsuń
  3. mi niem bo napisać... Od 15 minut siedzę z telefonem w dłoni i zastanawiam nad komentarzem... Mam przed oczami zakrwawione ciała rodziców Sasuke i te gasnące oczy jego matki... Kiedy czytałam ten fragment miałam wrażenie że staje mi serce... Przeczytałam dopiero pierwszy odcinek ale mogę z czystym sumieniem powiedzieć że ta historia bardzo przypadła mi do gustu :) Lecę czytać pozostaje części ;) Pozdrawiam cieplutko i życzę weny

    OdpowiedzUsuń
  4. Ogółem nigdy nie lubiłam czytać, ale ten rozdział rozbudził we mnie jakiegoś mola blogowego. czego nie umiała dokonać nawet moja nauczycielka polskiego wiec "łapka w górę"!

    OdpowiedzUsuń