wtorek, 18 grudnia 2012

3. Czy on mnie podrywa?!

Wypakowywanie się i układanie wszystkiego w szafie zajęło mi żałośnie mało czasu. Telefon położyłem na biurku, a razem z nim moje książki i inne bzdury. Przejrzałem też szuflady pod blatem i zorientowałem się, że zapełnione są nowiutkimi podręcznikami. Jiraiya wspominał mi w samolocie, że już zapisał mnie do szkoły, której dyrektorką jest jego przyjaciółka ze szkolnych lat, ale jakoś nie zawracałem sobie tym głowy.
            Prócz książek, w pokoju znalazłem też mundurek szkolny (był w szafie, ale jakoś w pierwszej chwili nie zwrócił mojej uwagi) i plecak. Jiraiya zdawał się przygotować na mój przyjazd. Trochę było mi głupio z tego powodu. Zawsze sam zdobywałem potrzebne mi rzeczy, sam na nie zarabiałem, praktycznie zawsze zdany byłem tylko na siebie, nie licząc oczywiście Iruki, ale to było co innego. A  tu jakiś obcy facet nagle kupuje mi książki, pozwala mieszkać w swoim domu i jeszcze niczego nie oczekuje w zamian, tylko dlatego, że mój ojciec był jego ulubionym studentem i przyjacielem. Nie mogłem jakoś tak sobie tego wszystkiego poukładać w głowie.
            Nie miałem co robić w pokoju, tak więc wyszedłem i z niego i zacząłem zwiedzać piętro. Zajrzałem do łazienki, która okazała się naprawdę wypasiona. Wanna, jaką tam znalazłem, była wręcz ogromna, tak samo jaki zajebista kabina prysznicowa. Przyzwyczajony byłem do nieco innej łazienki, tak więc cholernie się ucieszyłem. Znów zacząłem żałować, że Iruki nie ma ze mną. Pod takim prysznicem to można by zrobić to i owo, nie to, co u niego w wannie.
            Potrząsnąłem głową, karcąc się za te zbereźne myśli i wyszedłem z łazienki. Polazłem do gabinetu Jiraiyi. Kiedy ujmowałem w dłoń klamkę pomyślałem, że może być zamknięty, ale się pomyliłem. Drzwi otworzyły się gładko, a we mnie uderzył przyjemny zapach papieru.
            Był to jedyny pokój, który nie był tak sterylnie czysty jak reszta domu. Wszystkie ściany pokrywały półki, jak w bibliotece, na których stały książki. Jedynie przy oknie znajdowało się zaśmiecone biurko. Na podłodze wokół niego leżało pełno kartek, powiązanych w pęczki. Wszędzie walały się pozgniatane, zapisane papiery, pełno ich kipiało z kosza w kącie między jedną z szafek a biurkiem. W oknie nie było firanki, za to stały na nim doniczki z kwiatami. Na podłodze leżał zielony dywan, ściany pomalowane były na bardzo podobny odcień tego koloru, ale ich prawie nie było widać.
            Było tu o wiele więcej książek, niż w mieszkaniu Iruki,choć zawsze mi się wydawało, że mój chłopak ma ich oszałamiającą ilość. Myliłem się jednak, bo Jiraiya miał ich tyle, że stworzył sobie swoją bibliotekę. Zbliżyłem się do jednego z regałów i zacząłem przeglądać tytuły. Większości z nich zupełnie nie znałem, nawet o nich nie słyszałem i tylko nieliczne czytałem,kilka miał Iruka w swojej kolekcji, ale do nich akurat nie sięgałem. Całą jedną półkę zajmowały książki samego Jiraiyi.
            Kusiło mnie, by je przejrzeć, ale pomyślałem, że na to będzie jeszcze czas. W końcu mój ojciec chrzestny miał wyjechać i zostawić mnie samego, zapowiadało się więc na wiele nudnych, spokojnych wieczorów, zupełnie jak u Iruki, kiedy sprawdzał jakieś klasówki, zmuszając mnie, bym zamiast gapić się na niego czytał albo odrabiał swoje lekcje. Kiedy oponowałem, szantażował mnie tym, że nie dotknie mnie przez cały wieczór i temu argumentowi już ulegałem. Ale je też miałem swoje sposoby na szantażowane jego…
            Wyszedłem z gabinetu i polazłem na dół. Jiraiya właśnie kończył rozmowę z facetem, który do niego dzwonił. Rozłączył się chwilę później i spojrzał na mnie.
-I jak, rozpakowany? – spytał.
-Tak, zajrzałem też do twojej biblioteki. Będę mógł czytać to, co mi się spodoba?
-Jeżeli chcesz, proszę bardzo –odrzekł – wątpię jednak, by coś ci się podobało, to praktycznie sama klasyka…
-Lubię klasykę – powiedziałem.W końcu mój chłopak uczył o niej w szkole.
            Jiraiya wyszczerzył do mnie zęby.
-Geny ojca – rzekł z dumą, a ja nie ośmieliłem się zaprzeczyć. Może i tak, skąd miałem wiedzieć. Mi tam zawsze się wydawało, że to przez Irukę. Wzruszyłem ramionami.
-No, a co powiesz na to, żebyśmy wpadli do sąsiadów? – zapytał, po czym sięgnął do lodówki i wyjął flakonik z czymś czerwonym. Zerknąłem na etykietkę i przeczytałem, że to nalewka.
-Do sąsiadów, czyli do Sasuke? – zapytałem, głową wskazując w kierunku salonu.
-Tak – przytaknął Jiraiya, a ja wykrzywiłem się.
-Ten cały Sasuke jest dziwny i podły – mruknąłem, przestępując z nogi na nogę. Jiraiya westchnął.
-Wiesz… on ma za sobą traumatyczne przejścia – powiedział cicho mój ojciec chrzestny, a ja spojrzałem na niego zdumiony. Traumatyczne przejścia? Ale jakie? Wydawało mi się, że był taki chłodny i zarozumiały dlatego, że po prostu uznał mnie za kogoś gorszego od siebie. Mieszkałem przecież wcześniej w domu dziecka, a on? On całe życie wychował się na bogatych przedmieściach Konohy, jego starzy musieli opływać w forsę, wystarczyło tylko popatrzeć na to, jak był ubrany i jak się nosił. Jak… jak jakieś książątko!
-Traumatyczne… - powtórzyłem głucho, przełykając ślinę. Co innego samemu przeżyć coś strasznego i z tym sobie radzić, a co innego słyszeć, że ktoś coś przeżył i w dodatku stał się przez to taki, jak ten ponury czarnooki chłopak. Jak mógł? Przecież takie rzeczy… wzmacniają… hartują ducha, dzięki temu staje się twardy jak stal. Bynajmniej tak było ze mną… To co przeżyłem jako dzieciak, to co mi się przytrafiło… tylko uświadomiło mi, jaki powinienem być. Jaką drogą się kierować. A co zrobiło z nim? Zamieniło go w bryłę lodu? Aż taki słaby był?
-Widzisz, on też nie ma rodziców – szepnął Jiraiya, a ja spojrzałem mu w oczy. – I on… widział ich śmierć… w dodatku… to było morderstwo.
-Ktoś zabił mu rodziców na jego oczach?! – wykrzyknąłem, a Jiraiya pokiwał głową, lecz zaraz się przestraszył i spojrzał na mnie niemalże z naganą.
-Tylko nigdy o tym nie wspominaj przy Sasuke – powiedział. – Chłopak naprawdę źle na to reaguje. W ogóle nie mów o tym w ich domu.
-Ich?
-Sasuke ma starszego brata, Itachiego – wyjaśnił mi Jiraiya. – To jego lubię odwiedzać, naprawdę fajny chłopak, dziennikarz. Pracuje dla „Akatsuki”, pisze naprawdę genialne felietony… ma chłopak talent, w końcu studiował na UK[1]
            Zamyśliłem się, wracając wspomnieniami do stert gazet w mieszkaniu Iruki. „Akatsuki” też miało tam swoją własną kupkę, ale jakoś nigdy nie lubiłem czytać prasy. Dopiero po chwili zorientowałem się, że Jiraiya wciąż gada.
-… okazji go uczyć, nie ten kierunek… ale wpadał na moje wykłady, od czasu do czasu… naprawdę zdolny, zresztą, Sasuke też, szkoda, że raczej interesuje się przedmiotami ścisłymi, z tego co wiem… może wyrośnie z niego matematyk… albo fizyk… muszę porozmawiać z Orochimaru, choć nie wydaje mi się by chemia…
-Jiraiya – przerwałem mu to gadanie do siebie, a on skupił na mnie wzrok. – Czy nie mieliśmy iść?
-A, no tak! Wybacz mi, idziemy!
            Zgarnął ze stołu swoją flaszkę i wyszliśmy. Kiedy dzwonił do drzwi sąsiadów, wcale nie uśmiechało mi się tam wchodzić, ale cóż. Może dzięki temu, że już wiem, że ten cały Sasuke wcale nie miał tak kolorowo, uda mi się go lepiej zrozumieć? Może dzięki temu sprawię, że nie będzie dla mnie taki chamski? W końcu wcale nie chciałem szukać z nim zwady, zresztą, po co? Z takim ciachem…
            Otrząsnąłem się nagle, karcąc się po raz któryś tam tego dnia za niewłaściwe myśli. Może i ten cały Sasuke był przystojny, ale przecież ja miałem Irukę. To, że wyjechałem, jeszcze nie oznaczało końca naszego związku. Przecież mogłem do niego jeździć w jakieś długie weekendy… i w wakacje… i on mógłby wpaść… problem stanowiły pieniądze na bilet, ale pewien byłem, że wspólnie coś byśmy wykombinowali, przecież to nie aż tak drogo! No, co prawda drugi koniec kraju, ale na szczęście, nie drugi koniec świata!
            I wtedy otworzyły się drzwi. W pierwszej chwili pomyślałem, że stanął w nich Sasuke, ale po chwili zdałem sobie sprawę, że jednak nie. Ten mężczyzna był wyższy od swojego brata, miał też dłuższe włosy, związane z tyłu. Ubrany był na czarno, w czarne spodnie i koszulkę z nazwą jakiegoś rockowego zespołu, którą już gdzieś kiedyś słyszałem, ale nie mogłem sobie w tej chwili przypomnieć członków kapeli. Cały efekt psuły tylko jego dziwaczne kapcie, puszyste, biało-czarne, z mordą krowy na przedzie.
-O, Jiraiya! – zdziwił się na widok mojego ojca chrzestnego, ale zaraz się uśmiechnął. – Miło cię widzieć. A ty – spojrzał na mnie, a ja odwzajemniłem to spojrzenia. Jego oczy były tak samo czarne, jak oczy jego brata, ale o wiele cieplejsze. – Ty musisz być Naruto.
-Tak – odparłem, wyciągając rękę, a on ją uścisnął.
            Nie poczułem nic, choć był tak podobny do brata. Nie zrobił jednak na mnie żadnego wrażenia, co wydawało mi się dziwne. Sasuke od razu mnie powalił, i urodą i postawą… a jego brat był przecież tak samo fajny, jeśli chodzi o wygląd, co Sasuke.
-Itachi – przedstawił się, puszczając moją dłoń, po czym przesunął się w bok. – Właźcie, właźcie, i czujcie się jak u siebie. Jiraiya, napijesz się czegoś? Herbaty? Kawy?
-Herbaty – odrzekł mój chrzestny.
-A ty, Naruto?
            Też poprosiłem o herbatę, bo kawy nie znosiłem, a podejrzewałem, że na tą ich naleweczkę to jestem jeszcze za młody. Iruka też nigdy nie dał mi posmakować alkoholu, raz tylko uraczył mnie lampką wina, kiedy obchodziliśmy „rocznicę” naszego związku. Się szarpnął, kurde… Na alkohol to byłem za młody, ale na seks to już nie? Choć… właściwie, to gdybym go sam nie uwiódł, to może i do tego między nami nigdy by nie doszło, bo i tak miał z tego powodu wyrzuty sumienia.
            Itachi zaprosił nas do salonu, po czym na chwile nas zostawił, by powrócić z herbatą, ciastem i ciastkami. Ucieszyłem się na coś słodkiego, bo, szczerze mówiąc, zawsze sobie odpuszczałem słodyczy.
            Jak się okazało, brat Sasuke był o wiele przyjemniejszy w obyciu. Od razu złapałem z nim wspólny język, dużo mówił i dużo się śmiał. Opowiadał mi i Jiraiyi o swojej pracy, ale nie przynudzał. Pracował z zaskakująco dziwnymi ludźmi i jego historyjki o nich rozśmieszały nas do łez. Narzekał trochę na naczelnego, którym był surowy mężczyzna o przezwisku „Pain”, ale jak powtarzał, mogło być gorzej. Ja nie byłem pewien, czy aby na pewno. No bo kto chciałby być podwładnym faceta, którego nazywali Pain?!
            Słuchałem go, gdy nagle zdałem sobie sprawę, że przecież nie ma Sasuke. Przyszło mi to do głowy kiedy tych dwóch zabrało się za naleweczkę. Już chciałem zapytać o młodszego brata Itachiego, gdy nagle usłyszeliśmy trzaśnięcie drzwi.
-Sasuke, wejdź do nas! – zawołał natychmiast Itachi, a minę miał przy tym dość dziwną. Zdziwiło mnie to, czyżby Sasuke był na tyle nieuprzejmy, by nawet do nas nie zajrzeć, tylko od razu ukryć się na górze, w swoim pokoju?
            Sasuke wszedł do salonu dopiero po krótkiej chwili, jakby robił to z wielką niechęcią. Obrzucił cała sytuację pogardliwym spojrzeniem, po czym podszedł do fotela naprzeciw mnie i usiadł na nim. Jego twarz cały czas była chłodna i opanowana, taka, jaką ją zapamiętałem. Zacząłem się zastanawiać, czy on kiedykolwiek zmienia jej wygląd, czy już mu tak na stałe zastygło?
            Uśmiechnął się tylko kpiąco, kiedy posłałem mu nieprzychylne spojrzenie. Cały czas się na mnie gapił tymi swoimi atramentowoczarnymi oczyma, a ja nie miałem zamiaru pierwszy opuścić wzroku.
-Wyście się już poznali? – zapytał go Itachi, a on poszerzył ten swój wredny uśmieszek.
-Mieliśmy tę wątpliwą przyjemność – rzekł. Pewnie spodziewał się, że zdenerwuje mnie tą wypowiedzią, ale musiał się srogo rozczarować, bo nie miałem zamiaru tracić opanowania. Przygotowałem się na coś takiego i to nie ja się rozczarowałem. Dopiero teraz odwróciłem wzrok, ale bynajmniej nie speszony. Spojrzałem na swoją filiżankę, w której było jeszcze trochę herbaty.
-Jeśli ktoś powinien się skarżyć, to raczej ja – odezwałem się podobnym tonem, jakiego on zawsze używał wobec mnie. – Nieuprzejmość Sasuke musi wynikać z jego braku taktu, w końcu jestem gościem.
            I wtedy na niego spojrzałem. Nie zmienił wyrazu twarzy, ale w jego oczach odmalowało się coś w rodzaju złości i zmieszania, wiec stwierdziłem, że mogę uznać tę rundę za wygraną. Jednak wciąż nie byłem do końca zadowolony, bo nie zmienił wyrazu twarzy. Ta jego chłodna maska była nie do zdarcia? Nie, to nie możliwe. W głowie zaczęły formować mi się wizje licznych sytuacji, w których zmuszam go do okazania uczuć. Wszystkich uczuć, całej gamy dostępnej człowiekowi. Chciałem, by się uśmiechnął, chciałem, by się zirytował, by się autentycznie rozzłościł, wkurwił, chciałem dowiedzieć się jak wygląda, gdy jest podniecony, chciałem ujrzeć w tych jego zimnych oczach i miłość, i smutek, i żal, i rozczarowanie, i radość, ekstazę i ekscytację… dosłownie wszystko, po kolei. I na koniec łzy. Jego łzy sprawiłyby mi dziką satysfakcję.
            Napiłem się herbaty, nadal na niego patrząc. Jiraiya zaśmiał się trochę sztucznie.
-No już, chłopcy, spokojnie. Jestem pewien, że jakoś się dogadacie… - zaczął, ale przerwało mu nasze synchroniczne prychnięcie. Ponownie spojrzeliśmy sobie w oczy i nagle zdałem sobie sprawę, że on jak do tej pory ani razu nie spuścił ze mnie wzroku. Zrobiło mi się trochę bardziej ciepło. O co mu chodziło, co?
            Wstał nagle.
-Może masz ochotę w coś pograć? – rzucił lekko, jakby nigdy nic, ale coś czaiło się w jego oczach. Tajemniczych, mrocznych oczach, których za nic nie mogłem rozszyfrować. Czułem się, jakby mnie one wciągały i pochłaniały. Jakby mnie w jakiś sposób więziły.– W celu spełnienia nadziei Jiraiyi.
            Również podniosłem się ze swojego miejsca. Nich nie myśli, że jestem tchórzem! Co to, to nie!
-Czemu nie – rzuciłem. Spodobało mu się moje wyzwanie, bo ruszył przodem z zagadkową miną i wyprowadził mnie na korytarz, a potem od razu skierował się w stronę schodów. Tam jednak zatrzymałem się.
            Było już ciemno za oknem, a tu nie dochodziło żadne światło. On może i znał rozkład tego domu, ale ja nie. W dodatku wydawało mi się, że jak tylko wejdę za nim w tę cholerną ciemność, to mnie ona wciągnie i uwięzi jak te jego atramentowe oczy. Zatrzymałem się. Jak Boga kocham, przestraszyłem się, sam w sumie nie wiem czego. Ta ciemność zdawała mi się naelektryzowana i gęstsza, niż normalna ciemność. Wydawało mi się, że wszystko odczuwam intensywniej, a to dotyczyło również obecności Sasuke. Choć go nie widziałem,  byłem pewien, że doskonale go czuję jakimś szóstym zmysłem.
-Sasuke… - uleciało z moich ust. Chciałem, by zapalił światło, bo już nie mogłem tego znieść. Nie godziłem się na to, przecież miałem Irukę! Mojego Irukę! A tymczasem coraz bardziej wkręcałem się w coś… coś, co mógłbym nazwać pociągiem do czarnookiego, jakąś cholerną ciekawością, z którą powinienem walczyć, zamiast jej ulegać. Dla Iruki!
-Co? – jego głos w tych ciemnościach wydał mi się jeszcze bardziej męski niż przedtem, aż przeszły mnie ciary, jakby ktoś dmuchnął mi na kark.
-Zapal światło, ja nie widzę stopni! – zawołałem, odnajdując w głowie w miarę rozsądną wymówkę.
-Och przestań, złap się ściany i chodź! – dla niego to było oczywiste, widać w ciemnościach czuł się jak ryba w wodzie. Ja natomiast potrzebowałem światła!
-Nie!
            Jego zachowanie było po prostu podłe. Bardziej poczułem niż usłyszałem, że oddala się ode mnie.
-Nie idź tam! – wykrzyknąłem ślepy i bezradny. Po prostu nie mogłem pozwolić, by ta ciemność go pochłonęła. Nie wiem, co sobie ubzdurałem i dlaczego przyszło mi do głowy, że mrok na tych schodach może mieć jakieś złe właściwości. A jednak było to w tej chwili dla mnie zupełnie oczywiste. Nie mogłem mu pozwolić tam iść i już! – Nie idź w tę ciemność! Wróć i zapal światło!
            Wrócił do mnie i po chwili korytarz zalało jasne światło, kiedy przycisnął włącznik. Minę miał dziwną, nie podobało mu się, że go zatrzymałem, że musiał się wrócić, że utrudniłem mu nawet tak prostą czynność. Ale ja czułem się zwycięzcą.
            Nie oglądał się na mnie, kiedy wspinaliśmy się na górę. Prowadził, a ja obserwowałem ruchy jego ciała. Ubrany był w zwykłe dżinsy i szarą koszulkę której rękawy podwinął. Dotarliśmy na górę gdzie wpuścił mnie do siebie.
            Jego pokój wielkością przypominał mój pokój, był jednak o wiele bardziej… żywy. Sasuke miał nieco mniejsze łóżko, ale za to znajdowało się tu więcej mebli. Na biurku stał komputer, na ścianie wisiała tablica korkowa do której poprzyczepiał różne zdjęci i takie tam. Na szafkach stały książki i gazety, po podłodze walały się ubrania i jakieś papierki. Na stoliku brudny talerz. Ogółem, zwykły pokój nastolatka.
-Chcesz coli? – zapytał, kiedy zabrał się za włączanie komputera.
-No, nawet nie wiesz jak bardzo. Nie przepadam za herbatą – odparłem ostrożnie, bo wydawało mi się, że to trochę nienormalne, że ot tak, proponuje mi colę.
            Po chwili rozglądania się zlokalizował butelkę z colą, podniósł ją z podłogi i rzucił mi bez ostrzeżenia. Złapałem, bo inaczej wybiłaby mi zęby.
-Nie mam tu szklanki – dopiero teraz usiadł na kręconym krześle. – Pij z gwinta.
            Napiłem się, a on w tym czasie włączył muzykę. Po cholerę? Nie mieliśmy grać, czy coś?  Było mi głupio siedzieć w ciszy, ale na szczęście się odezwał.
-Będziesz chodził do liceum numer 1?
-Taaa – odpowiedziałem, ziewając sobie. O bardziej nudną rzecz zapytać już nie mógł? – Jiraiya mnie podobno zapisał. Startuję w poniedziałek, a co?
-Ja się tam uczę – nie spodobał mi się sposób, w jaki to powiedział. Jakby nie chciał chodzić ze mną do szkoły. A niby czemu? Ja chciałem spędzać z nim czas, choćby po to, by zmusić go do zmiany wyrazu twarzy. To chyba nie była zdrada? O coś takiego Iruka nie powinien mieć pretensji, nie? – Radziłbym ci ściągnąć te kontakty, twoje jaskrawe oczy wyglądają dziwnie.
            Dalsza część jego wypowiedzi zbiła mnie z pantałyku. Co on pieprzył?
-Kontakty? Jakie kontakty?
-Niebieskie, mówię o twoich oczach – powiedział, jakby to było oczywiste. Co prawda, ludzie czasem mówili mi, że mam wyjątkowy kolor oczu. Może o to mu chodziło?
-Ale ja nie noszę kontaktów. Nie ty pierwszy tak myślisz, ale uwierz mi, nie stać by mnie było na kontakty – wyjaśniłem mu. I ta wypowiedź też mu się nie spodobała. Nie lubił się mylić? To by do niego pasowało, wydawał się być „wszechwiedzący”.
            Na tym rozmowa nam się urwała. Tupałem nogą w rytm muzyki, zastanawiając się, co ten koleś tak naprawdę o mnie myśli i po cholerę ściągnął mnie na górę? Zerknąłem na niego, ale zdawał się nie kontaktować. A może by tak pierdzielnąć go butelką? Wtedy na pewno zdradziłby jakieś uczucia. Może by się nawet rozzłościł? A może udałoby mi się go tak trafić, by w oczach stanęły mu łzy?
-Eee… To jaka jest ta twoja szkoła? – zapytałem, w duchu obmyślając, w co go trafić. W nos? W czoło?
-Jak to szkoła – powiedział mętnie – nudna, nie ma co robić, nauczyciele przynudzają…
-A dziewczyny? – to pytanie miało drugie dno, o którym nie chciałem myśleć, dlatego spróbowałem zrealizować mój plan odnośnie butelki. Wyprostowałem się i cisnąłem nią w niego, ale złapał ją tak, jak ja wcześniej. Mój plan spełzł na panewce, ale nie miałem zamiaru rezygnować z prób zmuszenia go do płaczu.
-Nie zwracam na nie uwagi – jego odpowiedź sprawiła, znów zrobiło mi się ciepło. Jednocześnie, poczułem się zagrożony. Co innego myśleć o jakimś kolesiu wiedząc, że nie ma się szans, a co innego, kiedy on nagle przyznaje się, że też jest gejem. W dodatku tak przystojnym… Iruka! Myśl o Iruce, Naruto!
-No co ty, jaja sobie robisz? Na pewno macie w tej budzie jakieś fajne laski – udałem święte oburzenie, bo chciałem się upewnić, czy aby się nie przesłyszałem.
-Już mówiłem, one mnie nie interesują – na jego słowa na moich policzkach natychmiast wykwitł rumieniec. Wstałem, bo poczułem, że ta rozmowa mogłaby potoczyć się w złym kierunku. Nie przypuszczałem, że on też może być gejem! Nawet nie wziąłem tego pod uwagę! Chciałem się z nim tylko podrażnić!
-Chyba sobie już pójdę – powiedziałem automatycznie i skierowałem się do drzwi, ale złapała mnie za nadgarstek i zatrzymał. Spojrzałem na niego. Uśmiechał się w ten swój dziwny, irytujący mnie sposób. Jego dotyk palił i naprawdę mi się podobał. Iruka! Myśl o Iruce!
-No co ty, Naruto. Zostań ze mną jeszcze trochę – tego już było za wiele! Czy on próbował mnie poderwać?!
-Eee… wiesz, my zaraz idziemy – trzymał mnie tak mocno, ze za nic nie mogłem wyrwać swojej dłoni. Drań!
-Przecież to przez płot, tak blisko, że to aż śmieszne – prawie szeptał. Nigdy  życiu nie słyszałem tak zmysłowego dźwięku. – Mógłbyś wrócić w każdej chwili – wstał z krzesła. Sytuacja naprawdę przestawała mi się podobać. Jeszcze czego, bym ledwo po rozstaniu z Iruką od razu się zakochał! Niedoczekanie!
            Zerknąłem jeszcze raz w jego czarne oczy, gotów obrócić to wszystko w żart i się uwolnić, gdy nagle spostrzegłem, że… jemu się to podobało! Autentycznie mu się podobało!
            Przez jedną, haniebną chwilę, chciałem mu ulec. Zaśmiać się, przysunąć do niego, zobaczyć, co zrobi. Ale potem przed oczami pojawiła mi się twarz Iruki i powstrzymałem się. Przecież tak ni powinno się dziać! Przecież to nie fair, że on tak postępuje! Rozzłościło mnie to, że wystawia moja silną wolę na pokuszenie! Ktoś tak przystojny nie powinien tego robić. Zacisnąłem pięść, a potem z całej siły uderzyłem go w brzuch, pokazując mu, ile negatywnych uczuć się przez niego nazbierało we mnie w tym dniu. Stęknął i osunął się na kolana.
-Wybacz, nie chciałem tego robić, ale chyba coś ci się pomyliło – to był chyba najgorszy tekst, jaki mógł mi przyjść do głowy, ale wypowiedziałem go do końca. A potem wyszedłem, nie zastanawiając się, czy go to zabolało. Nie miał prawa mącić mi w głowie właśnie teraz! Po prostu nie miał!



[1] Na początku napisałam Uniwersytet Konoha, ale przecież jak ja mówię o swojej uczelni, to też używam skrótu, dlatego pomyślałam, że tak będzie bardziej naturalnie.

1 komentarz: